czwartek, 8 grudnia 2016

Moje refleksje: Smutno mi Boże...

Na Facebooku padło dziś następujące pytanie: 

Ja tego wszystkiego nie rozumiem, nie ogarniam, nie pojmuję co się stało z Polakami..... Dlaczego?

Jeśli chodzi o to pytanie, to odpowiedź na nie jest prosta i trudne za razem.

Cała historia sięga dość daleko wstecz, gdzieś do czasów Katarzyny I, która była pierwszym władcą Rosji zajmującym się "rozpracowaniem" psychiki Polaków (jako wrogów Rosji) i rozwikłaniem pewnego zagadnienia: jak pokonać Polskę, bo militarnie się nie udaje?

To właśnie Katarzyna I, jako... pierwsza zrozumiała, że z Polakami można wygrać jedynie poprzez umiejętne wykorzystywanie wad narodowych - egoizmu, warcholstwa, dwulicowości i przekupstwa.

Jak pomyślała, tak i wcieliła swój pomysł w życie. Sukces okazał się bardzo szybki - doszło do rozbiorów. Następni władcy Rosji, a potem ZSRR tylko doskonalili "warsztat", dzięki czemu, moment po katastrofie, jaką była Rewolucja Październikowa i... przegrana w wojnie 1919-1920 z... Polakami (znów, przegranej militarnej), Rosjanie znowu pokazali swój kunszt, poprzez umiejętne wykorzystanie wad narodowych Polaków oraz płynących z nich wewnętrznych podziałów.

Pierwszym sukcesem był haniebny Pokój Ryski, kolejnym kwiecień 1939 (Polska z rozmów o sojuszu militarnym z Niemcami przeciwko ZSRR, została skierowana na tory zgubnego, egzotycznego sojuszu z Wielką Brytanią i Francją), a następnie... pełnym sukcesem (niejako przy okazji) było zwycięstwo nad III Rzeszą z ciekawym, choć dla Polski tragicznym - epizodem Powstania Warszawskiego i akcji "Burza" - Polska znalazła się w 100% pod kontrolą Kremla, co dało nieograniczone możliwości penetracji kraju i społeczeństwa oraz instalowania tu tzw. nielegałów - na przyszłość, na wszelki wypadek. Pan Siergiej Ławrow, w oficjalnym wywiadzie, przyznał, że po wyjściu Armii Czerwonej z Polski 18 września 1993 r. Rosjanie zostawili w Polsce 70 tys. agentów (czyli ponad 4 dywizje w pełnym składzie!). Do tylu się w każdym razie przyznają...

I oto nadeszła ta przyszłość - znów historia zatoczyła koło. Znów Polacy rozwinęli swój kraj na tyle, aby poczuć się "za dobrze", znowu doszły do głosu: ego, warcholstwo, roszczeniowość i.. przekupstwo. Znowu, jak w I RP - okazało się, że nic, nam Polakom, tak nie szkodzi, jak dobrobyt i wolność!

Tym razem pokazano kunszt jeszcze wyższy - w I, czy II RP Rosja stosowała szantaż i... srebrniki z Kremla, w III RP udało się użyć... obietnicy pieniędzy z kieszeni samych Polaków - hasło 500+ wypaliło lepiej niż gra "wrakiem smoleńskim", masowy i pozytywny odzew Polaków na 500+ musiał zaskoczyć samych wielkich z Kremla!

Jest to bowiem niewiarygodne, że istnieje naród w Europie, który gotów jest sprzedać własną Ojczyznę, za... 500 zł wyrwane... z własnej kieszeni!

Teraz wystarczyło uruchomić agentów wpływu oraz tzw. "użytecznych idiotów" i machina wstrzymania rozwoju Polski oraz wyrywania jej z kręgów przebrzydłego, imperialistycznego oczywiście, Zachodu - ruszyła pełną parą! Wszystko dzięki naszym, polskim, odwiecznym wadom narodowym, których wykorzystanie, nasz wschodni sąsiad, dopracował do perfekcji. Z Polakami można wygrać bez jednego wystrzału. Niestety.

czwartek, 26 listopada 2015

Trzy grosze: notatka o bezzasadności lewactwa...

Jeśli przychodzi w Twoim życiu taki moment, w którym wydaje Ci się, że ktoś powinien Ci coś "dać", najlepiej "za darmo", to pamiętaj, że jeśli ktoś lubi swoją pracę, to nie znaczy, że nieuk/nierób/cwaniak może wymagać od niego, aby ten ktoś na niego pracował - ponieważ jemu samemu akurat nie chce się uczyć i pracować.

Lewactwo zawsze dąży do dawaniu komuś czegoś, kosztem tych, którzy jakieś dobra wypracowują. Dlaczego? Bo żaden lewak nie rozumie, że każdy ma w swoim życiu dokładnie tyle, na ile w danym momencie zasługuje. Dotyczy to zarówno tych, którzy mają najwięcej, jak i tych, którzy nic nie mają. Gdyby lewak to rozumiał, automatycznie nie byłby lewakiem. To jest aż tak proste!

piątek, 27 lutego 2015

Trzy grosze: motto na rok 2015

„Nie pytaj, co twój kraj może zrobić dla ciebie, zapytaj, co ty możesz zrobić dla swojego kraju”
(ang. Ask not what your country can do for you, ask what you can do for your country).

-John Fitzgerald Kennedy

sobota, 19 stycznia 2013

Trzy grosze: mapy elektroniczne - jest inny Świat...

Witam Wszystkich Czytelników w nowym, 2013 roku i życzę wszystkiego najlepszego, dużo zdrowia i wszelakich sukcesów!

Dziś pragnę podzielić się z Wami refleksją na temat "alternatywnych rzeczywistości", kreowanych przez twórców map udostępnianych w sieci. Żeby nie było - skupię się na jednym, ciekawym przypadku z podwarszawskiego Józefowa, aby pokazać Wam, w jakich "malinach" lub śnieżnych zaspach możemy się znaleźć, jeśli ślepo zawierzymy takim mapom.

Otóż, w pięknie położonym w nadwiślańskich lasach Józefowie, jest ulokowany fantastyczny hotel sieci Holiday Inn. Wszystkim polecam moją recenzję tego miejsca na Yelpie (ramka po prawej stronie), albo samodzielne odwiedziny witryny hotelu http://holiday.aquila.pl/index.html, lub najlepiej - w wolnej chwili - samego hotelu i jego okolic - pora roku, dowolna. Urocze miejsce, doskonałe jedzenie i wspaniała obsługa, daje się wypocząć itd.

Ale.., żeby tam się znaleźć, trzeba najpierw tam trafić. To natomiast, może okazać się nie lada wyzwaniem. Wystarczy, że przypadkowo nie znacie dobrze Józefowa i chcielibyście użyć jakiejś elektronicznej mapy, aby dotrzeć pod adres ul. Telimeny 1, Józefów.

Oczywiście maleńka część winy leży po stronie managerów hotelu, którzy z nieznanych mi przyczyn, postanowili nazwać ten hotel "Holiday Inn Warszawa Józefów", choć Józefów nigdy częścią Warszawy nie był (jest to miasto w powiecie Otwockim). W niczym to jednak nie usprawiedliwia korporacji takich, jak Google, które kreując swoje mapy, tworzą tu zaiste alternatywną topografię.

Hotel mieści się przy ul. Telimeny 1. Rzućmy więc okiem na popularne i często używane przez wielu z nas, Mapy Google (nie, nie wpisujcie w wyszukiwanie Google "Telimeny 1, Józefów", bo wtedy przeżyjecie zbyt daleko idący szok - a ja dbam o Wasze zdrowie, pozostańmy przy Telimeny, Józefów, tak będzie bezpieczniej):


Co to jest?!?

(rzeczywisty przebieg ulicy Telimeny oznaczyłem kolorem różowym - na powyższej mapie opisana jest jako... ul. Jarosławska)

Po pierwsze. mamy tu siatkę nieistniejących ulic - co za chwilę zobaczycie dokładniej.

Po drugie, mamy też zupełnie bezsensowne nazwy, nadane nie tylko tym nieistniejącym ulicom, ale również i tym istniejącym, co stanowi dezinformację w najczystszej postaci.

Porównajmy powyższe z obrazem satelitarnym, z tego samego źródła (ciągle jeszcze z "kreatywną" wersją siatki ulic i ich nazw):


... a teraz pozbądźmy się owej nieszczęsnej siatki ulic i prawda okaże się zdumiewająca:


Oops! Nie ma większości ulic! Niestety, nie ma, tak jest w istocie. A te co są, mają często inne nazwy... choć tego z wysokości satelity już nie widać.

Niestety, większość innych map internetowych (w tym polskich), powiela ten sam, lub zbliżony schemat.

Np. niesławne Apple Maps "dają ciała" w ten sam sposób, co Google Maps, ale... przynajmniej umieszczają "szpilkę" adresową w prawie dobrym miejscu - w na tyle dobry, że da się trafić do celu, co jest... intrygujące, biorąc pod uwagę nieprawidłowe nazwy umieszczone samej mapie:


(powyższy zrzut ekranu zawdzięczam kol. Pawłowi Rutkowskiemu - za udostępnienie dziękuję).

Bliżej prawdy jest ZUMI.PL (http://www.zumi.pl/), ale też nie wszystko się zgadza:


... gdyby nie ta wirtualna ulica Telimeny (nie w tym miejscu), oznaczona przeze mnie czerwonym pytajnikiem, to już w zasadzie bylibyśmy "w domu". Nieźle radzi sobie również Targeo, pokazując prawidłową lokalizację posesji Telimeny 1. Byłoby nieźle, ale: nie określa głównego ciągu ulicy Telimeny właściwą nazwą, pokazuje bankomat WBK oraz jedną z ikon hotelu, poza jego terenem, w miejscu, w którym znaleźlibyśmy się poza jego ogrodzeniem, bez jasnych wskazówek, jak dostać się na teren. Tak, możecie mówić, że się czepiam, ale ja jestem zdania, że mapa jest po to, aby pomagać gdzieś trafić, a nie tworzyć zagadki. Oto widok z Targeo:


Najlepiej poradziły sobie z zadaniem mapy Nokia (używane m.in. przez Microsoft w wyszukiwarce Bing):



Nie miałem czasu udać się do stosownych instytucji (na początek choćby do właściwego Urzędu Miasta), aby znaleźć źródło tych danych topograficznych. Zakładam, że twórcy map elektronicznych z jakichś źródeł jednak korzystają i skądś tam biorą dane dotyczące siatki ulic i ich nazw.

Obecna sytuacja nie jest wesoła, szczególnie jeśli weźmiemy pod uwagę fakt, że pod duży i często odwiedzany obiekt, wielu ludzi nie może dotrzeć używając najzwyklejszej w świecie nawigacji czy też samej mamy w tablecie czy smartfonie.

Jestem prawie przekonany, że takich "kwiatków" na mapach elektronicznych musi być o wiele więcej...




sobota, 29 września 2012

Trzy grosze: co nas omija... w mediach?

/* To jest stary post, oryginalnie z 9 lutego 2012. Pisałem go na tablecie i wylądował w "szkicach". Dziś porządkując historię bloga odnalazłem ten wpis i mimo wszystko postanowiłem opublikować. Generalny zarys przekazu, jest ciągle aktualny, pomimo, iż w naszych mediach pojawiły się inne ważkie tematy, niż Madzia. Nic oczywiście nie przebije... Smoleńska. :) */

===
W tych dniach, większość z nas pasjonuje się ACTA - wiadomo, ważna rzecz, świadomość czym grozi nierozważne podpisywanie niejasnych umów międzynarodowych dociera do coraz szerszych warstw naszego społeczeństwa, podobnie, jak świadomość, że obecne prawo dotyczące własności intelektualnej jest tak archaiczne, że w zasadzie przydałaby się tu "opcja zerowa".

Drugim, wiodącym tematem jest - pisząc hasłowo - "tragedia Madzi vs. Rutkowski". Owszem, śmierć dziecka jest tragedią i z tym zgadzamy się wszyscy. To co dzieje się dookoła niej też jest tragedią, a raczej porażką i z tym zgadza się większość z nas. Ale... ile można? Pytam poważnie - od wielu dni, media poświęcają tej sprawie sporą część czasu antenowego, a zniecierpliwienie zaczyna być widocznie zarówno po stronie dziennikarzy, jak i odbiorców. Ktoś zadał pytanie: "Dobrze, że mówimy o takich rzeczach, ale ile dzieci umarło czy też zginęło w Polsce od tamtej chwili oraz ilu generalnie Polaków zostało zamordowanych lub uległo wypadkom?"

Autentycznie nasuwa się refleksja, że gdyby każdemu z nich media chciały poświęcić tyle czasu na antenie i drukiem, to musielibyśmy zdecydowanie zwiększyć liczbę stacji radiowych i telewizyjnych, nie mówiąc o liczbie wydawanych periodyków.

Gdzieś w podświadomości wielu z nas, przebija się pytanie: dobrze, to co nas omija? Czy naprawdę w Polsce i na Świecie nie dzieje się nic poza tragiczną śmiercią Madzi i... ACTA?

Otóż dzieje się i działo się w ostatnich czasach sporo. Niektóre z tych rzeczy, jeśli dojdą do skutku, mogą spowodować, że "tragedia Madzi" będzie - z całym szacunkiem - zupełnie nieistotna.

Otóż stale rośnie napięcie na Bliskim Wschodzie. Już siedem (podkreślam - 7) mocarstw nuklearnych zadeklarowało mniej lub bardziej czynnie swoją wolę partycypowania w tym wydarzeniu. Po jednej stronie USA, Wielka Brytania, Francja i Izrael (ze względów oczywistych - Iran chce wymazać to państwo z mapy), po drugiej stronie Rosja, Chiny i ostatnio... Pakistan, który zaczyna skłaniać się w stronę poparcia dla Iranu. Nie zapominajmy, że Pakistan to jedyne mocarstwo nuklearne, będące jednocześnie krajem islamskim.

Nie wiadomo, na ile zaawansowany jest irański projekt bomby atomowej, ale przy wsparciu takich państw jak Rosja, Chiny i Pakistan, istnieje możliwość, że Iran będzie taka bronią dysponował szybciej niż później. Ponadto Iran to nie Irak, czy Afganistan. Iran to kraj o o wiele większym potencjale, dysponujący zaawansowaną technologią (w tym rakietową), państwo, które jest zdolne do samodzielnego umieszczania satelitów na orbicie, a więc - do dokonania ataku nuklearnego (czy też chemicznego, biologicznego itd.) w dowolnym punkcie naszej, starej Ziemi.

Mówiąc najprościej: stoimy na krawędzi przepaści, której na imię III Wojna Światowa... ale co tam, o wiele ważniejsze dla naszych mediów jest to, co powiedział Rutkowski oraz kto go obraził i dlaczego.

Warto przeczytać, np. tutaj i na witrynie CNN.com: tutaj.

Mniej drastyczny temat, ale jeszcze lepiej przemilczany przez nasze media (i nie tylko nasze, wiele państw UE nie wspomina o tym słowem), to kwestia zmian, jakie zaszły w ostatnich latach w Islandii.

Zapewne mało kto w Polsce orientuje się, że Islandia to nie tylko lód, zima i gejzery, ale również najstarsza demokracja w Europie, która zachowała ciągłość od 930 roku (tak, nie 1930, tylko 930).

Ale nie historia Islandii jest najciekawsza, tylko jej teraźniejszość. Najciekawsze jest to, że gdy obywatele Islandii doszli do wniosku, że za bankructwo państwa i jego ogromne długi odpowiada grupa bankierów i rząd - po prostu wyszli na ulicę i ogłosili, że "tym panom już dziękujemy, gdyż działając w imieniu nas wszystkich, podpisali niekorzystnie dla nas umowy, zaciągnęli pożyczki i teraz.. chcą, aby to naród za to wszystko zapłacił - to jest skandal!". Bez jednego wystrzału, bez palenia samochodów czy innych aktów przemocy, dziękują rządowi i wybierają spośród siebie Radę Konstytucyjną, która rozpoczęła porządkowanie spraw państwa i... oprócz prac nad nową konstytucją, doprowadza do aresztowania ludzi odpowiedzialnych za zadłużenie kraju. Tak, to JEST demokracja! W zasadzie, nie dziwię się, dlaczego w tak wielu, demokratycznych ponoć krajach, nie nagłośniono tej sprawy... wszak to nie jest "dobry przykład dla obywateli", prawda?

Można o tym poczytać np. tutaj. (jęz. angielski). Zacytuję fragment:

Pressenza Reikjavik, 3/28/11 Last week 9 people were arrested in London and Reykjavik for their possible responsibility for Iceland’s financial collapse in 2008, a deep crisis which developed into an unprecedented public reaction that is changing the country's direction.
It has been a revolution without weapons in Iceland, the country that hosts the world's oldest democracy (since 930), and whose citizens have managed to effect change by going on demonstrations and banging pots and pans. Why have the rest of the Western countries not even heard about it?
Pressure from Icelandic citizens’ has managed not only to bring down a government, but also begin the drafting of a new constitution (in process) and is seeking to put in jail those bankers responsible for the financial crisis in the country. As the saying goes, if you ask for things politely it is much easier to get them.

Oczywiście wybrałem tu tylko dwa przykłady, z dwóch, odległych regionów naszego globu...





niedziela, 15 lipca 2012

Trzy grosze: dwa wina i narodowa psychoza

Kilka dni temu, czytając jakiś artykuł w sieci, natrafiłem na komentarz, który utkwił mi w pamięci. Pozwolę go sobie zacytować, w charakterze motta:

"... bo widzisz, Prawdziwy Polak ma dwa, tanie wina: 'wino Tuska' i 'wino PKP' - po jednym na każdą kieszeń płaszcza. I niezależnie od tego, co się dzieje, to zawsze jest wina Tuska, albo PKP."

Opublikowałem tu niegdyś obszerny felieton, na temat naszego, polskiego narzekania - dosłownie na wszystko. Wówczas sądziłem, że wynika ono głównie z ignorancji, czyli mówiąc wprost - głupoty naszego społeczeństwa, połączonej z arogancją i postkomunistycznym przekonaniem, że wszystko nam się należy, bo... tak.

Faktem jest, że najwyraźniej pominąłem jeden istotny i jakże ludzki aspekt naszego postępowania: powszechne poczucie niższości i płynące z niego: zawiść, zazdrość i nienawiść. Tak Moi Mili, jest to bez wątpienia jeden z ważniejszych czynników patologicznych w naszym społeczeństwie.

Otóż, jako nacja, w swej masie leniwa, kombinujemy jakby tu sobie uprzyjemnić życie. Możliwie najtańszym kosztem. Oczywiście nauka, praca, samodoskonalenie itd. nie są tymi drogami, które najchętniej obieramy. One są męczące i wymagają nakładów pracy, a my przecież, chcielibyśmy żyć na wiecznych wakacjach, albo chociaż łyk-endach. Co więc począć? Ależ to proste! Wystarczy dowartościowywać się kosztem innych!!! To nic nie kosztuje i jakże przyjemnie łechce nasze ego!

Tak, wiem, to jest obrzydliwe, ale my nauczyliśmy się już tego nie dostrzegać. Mechanizm naszego postępowania jest niezwykle nieskomplikowany i nie ma w nim głębszych treści (być może na całe szczęście).

Ktoś, kto coś robi (więcej, a broń Boże lepiej niż my) → staje się zauważalny → a więc automatycznie dążymy do deprecjonowania wszystkiego co zrobi (w domyśle, my robilibyśmy wszystko lepiej, ale "nie dano" nam szansy).

Pewien Japończyk, który skończył studia w Polsce, powiedział mi kiedyś "u was powinno się wystawiać złoty pomnik każdemu, komu uda się coś sensownego zorganizować i doprowadzić do końca". I nie, nie chodziło tu o proste uznanie dla osób, które robią coś dla swojej społeczności. Chodziło raczej o wykazanie, jak wielkim heroizmem jest zrobienie czegoś użytecznego w Polsce i jednoczesne nie pozostanie zaplutym, czy też zadeptanym przez tzw. otoczenie.

Kiedyś pytano o co modli się Polak, którego sąsiad ma zdrową i dającą dużo mleka krowę? Otóż modli się nie o to, żeby też takiej krowy się dorobić, albo o to, żeby udało mu się zapracować na dwie... Modli się on o to, aby ta krowa sąsiada, jak najszybciej... zdechła. I możecie się zgadzać lub nie, ale to w dużej mierze opisuje naszą postawę wobec innych Rodaków.

Niektóre przypadki, są wręcz doskonałym studium wyżej opisanej postawy, dodatkowo przyprawionym odpowiednią dozą szowinizmu. Bo jeśli ktoś, kto osiągnie jakieś sukcesy, nie tylko umie stanowczo realizować plan, poprawiający organizację naszego codziennego życia, ale jeszcze (o zgrozo!) jest kobietą, to wówczas do naszej nienawiści i zawiści dodamy odpowiednią dozę szowinizmu - i tym tanim sposobem, pełna satysfakcja zostaje osiągnięta!

Dla mnie takim flagowym przykładem z ostatnich lat, jest postać pani Prezydent Hanny Gronkiewicz-Waltz. W czasie obu kadencji, udało się jej, z jednej z najgorzej zorganizowanych i działających komunikacji miejskich w Polsce, uczynić najlepszą, która staje się wzorem nawet poza granicami Polski. Pani Prezydent udało się pozbyć azjatyckich bazarów z centrum miasta, czego poprzednie władze miasta nie odważyły się nawet tknąć. Udało się jej zorganizować naprawę nawierzchni setek ulic, przygotować miasto do Euro2012 i z sukcesem przeprowadzić warszawską część tej imprezy (jak dotąd największe wydarzenie o charakterze międzynarodowym w naszym mieście) oraz... wcielić w życie budowę drugiej linii metra - tak niezbędnej dla coraz bardziej zatłoczonej Stolicy. Zapewne wielu z nas, skorzysta z nowej linii metra nader chętnie, gdy już będzie gotowa.

Na reakcję "ludu" na zmiany w komunikacji miejskiej, nie trzeba było długo czekać! Tabor komunikacji miejskiej jest obecnie w większości nowoczesny i klimatyzowany. ZTM wprowadziło niezapowiedziane kontrole jakości pracy klimatyzacji w trosce o wygodę pasażerów - i tak jest źle! No bo... to za zimno, to za ciepło... i generalnie jakoś tak inaczej... Moi Mili.. "puk, puk!" - jeszcze kilka lat temu, w warszawskiej komunikacji miejskiej, problem klimatyzacji nie występował, bo.. jej nie było!

Podniesiono (minimalnie) ceny biletów - hańba!!! No jak tak można? Przecież to, że kupiono setki nowoczesnych autobusów, tramwajów i składów metra, to, że wyposażono jest w klimatyzację (a więc nie tylko pokryto kosz sprzętu, ale także - na bieżąco - wzrosło zużycie energii i paliw) to nie jest ważne.. to wszystko "nam się należy", najlepiej za darmo (a w zasadzie, gdyby Miasto płaciło nam za korzystanie z komunikacji, to pewnie też nie byłoby najgorzej, prawda?). Zaznaczam - nadal, po podwyżce, wpływy z biletów pokrywają mniejszą część kosztów (nie, nie ma czegoś takiego, jak dochód komunikacji miejskiej - nie tylko u nas zresztą).

Budowa II linii metra, to temat sam w sobie... No bo jak to?! Zamykają jakieś ulice? Coś rozkopali w Centrum? ZDRADA!! Wina Hanny Gronkiewicz-Waltz, Premiera Tuska i PKP - na raz!!! Przecież metro powinno urosnąć samo, pod ziemią, nie zakłócając niczyjego spokoju, ani  nie powodując... korków w Centrum! Wszędzie na Świecie metro buduje się tak, że tego nie widać.. samo rośnie! Nie wiedzieliście? Nie wierzycie? (Jeśli nie wierzycie, to dobrze świadczy o Waszym zdrowiu psychicznym - do tego wrócę za moment...).

Przywrócono Wisłę Warszawie. To już nie slogan, to fakt!
Tysiące Warszawiaków (i nie tylko) coraz chętniej korzysta z nadwiślańskich plaż i ścieżek rowerowych. Mamy trzy darmowe przeprawy promowe (zorganizowane przez ZTM), mamy tramwaje wodne, mamy rejsy statkiem ZTM do Serocka - mamy knajpki z ogródkami nad samą wodą... nic tylko korzystać... jest po co pójść nad Wisłę! Ostatni raz było podobnie... w latach '60 XX wieku. Czy ktoś to odnotował w mediach (poza oficjalnymi komunikatami ZTM?). Nie, ależ skąd! Bo i po co?

Ale za to, od razu odnotowano fakt, że nad Wisłą pojawiają się... śmieci i butelki i... że "Miasto powinno to lepiej sprzątać!" oraz "Dlaczego Pani Prezydent nic z tym nie zrobi?!?!"

No, ja myślę, że Pani Prezydent powinna natychmiast rzucać swoje obowiązki i gonić nad Wisłę z miotłą i... po nas sprzątać! Przecież zawsze sprzątała za nas Mama, teraz urośliśmy i Mama nie chce albo nie może już po nas sprzątać, więc czemu nie Pani Prezydent? 

Powinna tak sprzątać, żeby naturalnie nikomu nie przeszkadzać w... odpoczynku, spożywaniu piwa i w ogólnym relaksie. Zresztą nie od dziś wiadomo, że porządek polega właśnie na tym, że jakaś tam władza sprząta, a nie na tym, że hołota uczy się, jak nie śmiecić, prawda? Jakoś dziwnie na plażach nad Renem w Niemczech, nikt nie musi ciagle sprzątać, a i tak jest czyściej, niż u nas godzinę po sprzątaniu. Intrygujące, prawda? Widać można po prostu nie śmiecić i nie winić kogoś, za własny brak elementarnej kultury i elementarnego wychowania, wyniesionego z chlewu... przepraszam, z domu rodzinnego.

Niestety, wszystko, co napisałem powyżej to są fakty. Fakty zaczerpnięte głównie z warszawskich mediów i internetowych serwisów społecznościowych, zaledwie z ostatnich kilku tygodni.

Powstaje pytanie: czy nam, jako społeczeństwu, nie jest potrzebna jakaś psychoterapia? Bo przecież, w każdym normalnym kraju, zostalibyśmy sklasyfikowani jako osoby upośledzone umysłowo o nieprawidłowo ukształtowanej osobowości... Nasze zachowania i żądania są tak irracjonalne, że w zasadzie nie powinno dochodzić do ich publicznej artykulacji, nie mówiąc już o wcielaniu tych "idei" w życie. Co się z nami dzieje?!

wtorek, 24 stycznia 2012

Moje refleksje: ACTA - imperatyw rządowy

Staram się pomijać na blogu cięższe tematy polityczne, ale tym razem nie mogę sobie na to pozwolić - z powodu czystej uczciwości względem samego siebie. Uważam, że obowiązkiem myślącego człowieka, szanującego wolną wolę jednostki i podstawowe prawa obywatelskie jest zadanie kilku kluczowych pytań w obecnej sytuacji.

Uważam, że zawężanie tematyki haniebnego paktu, jakim jest ACTA, do Internetu czy nawet kwestii tzw. piractwa, jest na obecnym etapie totalnym nieporozumieniem. Umówmy się, że mechanizmy, które ujawniła cała "afera" z podpisaniem ACTA przez polski Rząd, powinny skłaniać nas wszystkich do zadania podstawowych pytań o rolę naszych przedstawicieli, którymi w myśl założeń demokracji, są wybrani przez nas (jako społeczeństwo) politycy, sprawujący - rzekomo w imieniu tegoż społeczeństwa - odpowiedzialne funkcje, pozwalające im na podejmowanie decyzji w imieniu wszystkich obywateli - w tym, na forum międzynarodowym.

Nie będę się tu rozwodził na temat ataków na serwery rządowe. Jedno co mogę o nich powiedzieć, to to, że pewnikiem bez nich, opinia publiczna nie dowiedziałaby się o tej skandalicznej sprawie, lub dowiedziałaby się o wiele za późno - koniec końców, ataki te okazały się być zjawiskiem o zabarwieniu pozytywnym, choć dziwnie to brzmi w ustach kogoś, kto od 19 lat atakom tego typu zapobiega.

Zanim zadam te, moim zdaniem kluczowe, pytania, chciałbym odnieść się do felietonu Wojtka Orlińskiego opublikowanego pt. "Rządzie, ucz się od Amerykanów!" we wczorajszej Gazecie Wyborczej. Wojtek dokonał w nim porównania reakcji amerykańskich polityków na protest społeczeństwa przeciwko wprowadzeniu ustawy SOPA, z reakcją polskiego Rządu na o wiele silniejszy protest polskiego społeczeństwa przeciwko podpisaniu ACTA. W zasadzie tekst ten jest jak dotąd jednym z najlepszych podsumowań tego, co wydarzyło się w Polsce w przeciągu ostatnich dwóch dni.

Jeśli do powyższego dodamy fakt, że po naradzie z ministrami, Premier Donald Tusk stwierdził, iż polski Rząd podpisze jednak pakt ACTA 26 stycznia br. "a potem będzie czas na konsultacje", to oznacza to ni mniej, ni więcej tyle, że polski Premier jawnie przyznał, iż nie zamierza liczyć się z głosem polskiej opinii publicznej, ale nie tylko opinii publicznej, bo nawet instytucji państwowych - jak choćby GIODO!

Pierwsze pytanie brzmi więc: czy demokratycznie wybrany Rząd, może całkowicie ignorować głos obywateli, dzięki którym rządzi - i to nie tylko dlatego - że został przez nich wybrany, ale również dlatego, że obywatele ci, w codziennym pocie czoła, wypracowują podatki, za które ów Rząd się utrzymuje, i które finansują jego działania?

Drugie pytanie jest następujące: czy fakt, że Rząd w swoich oświadczeniach zdaje się publicznie mijać z prawdą (mam tu na myśli szereg faktów, od twierdzenia, że odbyły się konsultacje w sprawie ACTA po twierdzenie, że ACTA nie wprowadza niczego, co nie istniałoby już w polskim prawie) jest dopuszczalny i podtrzymuje mandat tego Rządu, na dalsze reprezentowanie obywateli Rzeczpospolitej Polskiej i ich żywotnych interesów?

Trzecie pytanie: co powoduje, że grupa polityków ma tak silny imperatyw podpisania podejrzanego porozumienia międzynarodowego, że ryzykuje całe swoje kariery (łącznie z tym, że nigdy więcej nie zbierze w wyborach wystarczającej liczby głosów, aby nie wypaść z polityki)? Przecież coś w tym ACTA musi być szczególnego, co powoduje, że tak twarda i sprzeczna z opinią wielu środowisk postawa, zostaje określona, jako opłacalna...

Przypomnijmy: ACTA jest paktem międzynarodowym, powołanym do życia na życzenie koncernów medialnych i korporacji, od początku negocjowanym w pełnej tajemnicy - bez jakiejkolwiek kontroli demokratycznej. Pakt ten, zawiera szereg niejasnych, albo jawnie groźnych zapisów, jak choćby legendarny rozdz. II, art 6. ust. 4 o brzmieniu:

Żadne postanowienie niniejszego rozdziału nie może być interpretowane w taki sposób, by nakładało na Stronę wymóg nałożenia na swoich urzędników odpowiedzialności za działania podjęte w związku z wypełnianiem ich urzędowych obowiązków.
... albo ...

rozdz. II, art 11:

Bez uszczerbku dla prawodawstwa Strony dotyczącego przywilejów, ochrony poufności źródeł informacji lub przetwarzania danych osobowych, każda Strona zapewnia swoim organom sądowym, w cywilnych procedurach sądowych dotyczących dochodzenia i egzekwowania praw własności intelektualnej, prawo do nakazania sprawcy naruszenia lub domniemanemu sprawcy naruszenia, na uzasadniony wniosek posiadacza praw, by przekazał posiadaczowi praw lub organom sądowym, przynajmniej dla celów zgromadzenia dowodów, stosowne informacje, zgodnie z obowiązującymi przepisami ustawodawczymi i wykonawczymi, będące w posiadaniu lub pod kontrolą sprawcy naruszenia lub domniemanego sprawcy naruszenia. Informacje takie mogą obejmować informacje dotyczące dowolnej osoby zaangażowanej w jakikolwiek aspekt naruszenia lub domniemanego naruszenia oraz dotyczące środków produkcji lub kanałów dystrybucji towarów lub usług stanowiących naruszenie lub domniemane naruszenie, w tym informacje umożliwiające identyfikację osób trzecich, co do których istnieje domniemanie, że są zaangażowane w produkcję i dystrybucję takich towarów lub usług oraz na identyfikację kanałów dystrybucji tych towarów lub usług.

... czy też ...

rozdz. II, art 26, ust 4 o brzmieniu następującym:

Strona może, zgodnie ze swoimi przepisami ustawodawczymi i wykonawczymi, zapewnić swoim właściwym organom prawo do wydania dostawcy usług internetowych nakazu  niezwłocznego ujawnienia posiadaczowi praw informacji wystarczających do zidentyfikowania abonenta, którego konto zostało użyte do domniemanego naruszenia, jeśli ten posiadacz praw złożył wystarczające pod względem prawnym roszczenie dotyczące naruszenia praw związanych ze znakami towarowymi, praw autorskich lub pokrewnych i informacje te mają służyć do celów ochrony lub dochodzenia i egzekwowania tych praw. Procedury są stosowane w sposób, który pozwala uniknąć tworzenia barier dla zgodnej z prawem działalności, w tym handlu elektronicznego, oraz, zgodnie z prawodawstwem Strony, zachowuje podstawowe zasady, takie jak wolność słowa, sprawiedliwy proces i prywatność.

... który brzmi, jak jawna kpina (proszę sobie zestawić podkreślone fragmenty tego ustępu) - nasze dane osobowe, mogą zostać udostępnione obcemu podmiotowi komercyjnemu na podstawie jedynie domniemania, że nasze konto (cokolwiek to znaczy) zostało użyte do naruszenia... itd. Czyli nie organom ścigania, nie sądowi, nie Interpolowi.. tylko.. np. koncernowi medialnemu!

Słowem, ktoś złoży na nas złośliwy donos (np. "przychylny" sąsiad) i... stajemy się domniemanym sprawcą, który.. musi przekazać obcemu podmiotowi nie tylko dane o sobie, ale także o osobach trzecich, a także o... szczegółach dotyczących własnej działalności gospodarczej!!!

Podkreślam jeszcze raz - wydawanie tego typu informacji obcym organom ścigania na podstawie jedynie domniemania popełnienia przestępstwa byłoby daleko idącą przesadą, a wydawanie takich informacji obcym podmiotom komercyjnym (bo to one są najczęściej posiadaczami praw, o których tu mowa) uznać można chyba za działanie poza wszelką dopuszczalną praktyką, a nawet działanie na szkodę własnej przedsiębiorczości, która w Polsce jest konstytucyjnie chroniona.

Zapraszam do przemyślenia powyższego, skonfrontowania z doniesieniami mediów z ostatnich dwóch dni i z własnym sumieniem. Zastanówmy się, czy nie doszło tu do przekroczenia elementarnych zasad, na których opiera się obecny ustrój naszego Państwa.

czwartek, 5 stycznia 2012

Trzy grosze: po co jest... SPAM?

Spam - czyli "niechciane wiadomości elektroniczne" - najczęściej e-mail, czasem też SMS lub IM.

Każdy użytkownik Internetu spotyka się z nim prędzej czy później. Większość z nas zwalcza spam w taki czy inny sposób. Ze spamem walczą rozmaite organizacje i firmy, ze spamem walczę użytkownicy sieci. Produkuje się całą masę narzędzi, które służą do rozpoznawania i zwalczania spamu. Powstają organizacje, których celem jest zwalczanie spamu. Rozsyłanie spamu jest w wielu krajach karalne i...  generalnie spam jest ZŁY!

Ale czy ktokolwiek z nas zadaje sobie pytanie: po co jest spam? Do czego on tak naprawdę służy?

Wydaje mi się, że mało kto zadaje sobie to pytanie, bo odpowiedź jest oczywista - spam, to próba najtańszej promocji produktów i usług w sieci, na obraz i podobieństwo zaśmiecania naszych skrzynek pocztowych rozmaitymi ulotkami.

Tak dalece jesteśmy przeświadczeni o słuszności tej wizji, że w zasadzie każdy, zapytany przeze mnie, odpowiedział tak samo - spam to nachalna metoda sprzedaży. Specjaliści zajmujący się bezpieczeństwem w sieci, wspominają jeszcze o rozmaitych atakach, propagujących się za pośrednictwem spamu. Jest to więc tzw. phishing (czyli spreparowane wiadomości, których celem jest wyłudzanie od nas danych osobowych, czy choćby loginów i haseł do konta bankowego), są to wirusy komputerowe, rozpowszechniające się w postaci wiadomości e-mail i załączników do nich, są to rozmaite, internetowe "łańcuszki" - te ostatnie, są zresztą najmniej niebezpieczne.

OK, ale wróćmy do czystego, tradycyjnego spamu. Takie wiadomości kasujemy z pogardą lub wręcz obrzydzeniem. Bo oto ktoś wciska nam Viagrę, Penis Enlargement czy inne świństwo... Inne oferty dotyczą azjatyckich podróbek drogich zegarków, podróbek kosmetyków czy choćby sprzedaży pirackich filmów lub pirackiego oprogramowania (najczęściej firm Adobe i Microsoft). Bardziej wyrafinowane spamy oferują na przykład pośrednictwo w założeniu firmy w Wielkiej Brytanii, fałszywy doktorat lewego uniwersytetu czy konto na Kajmanach.

A teraz pytanie: ilu z Was zareagowało na ofertę ze spamu i kupiło cokolwiek, co było oferowane w ten sposób? Śmiało, nie będę bił ani ujawniał personaliów, no ilu?

Pytacie podejrzliwie do czego zmierzam? Otóż zmierzam do sedna sprawy. Postanowiłem przeprowadzić pewien eksperyment. Wybrałem pewną grupę ofert ze spamów, które nie wyglądały z góry na próbę wyłudzenia danych czy numeru karty kredytowej i postanowiłem (używając oczywiście specjalnie założonego, darmowego konta e-mail) skontaktować się ze sprzedawcami/firmami, które podały swój kontakt w danym spamie. I... No właśnie, zgadnijcie co się stało?

Nic się nie stało. Słowem - albo adresy kontaktowe podawane w spamie od razu okazują się nie działać lub w ogóle nie istnieć, albo.. nikt nie odpowiada na przesłane zapytanie (cały czas mam na myśli prawdziwy, niezamówiony spam, a nie np. wiadomości handlowe polskich firm, na których przesyłanie wyraziliśmy zgodę).

Wiadomo powszechnie, że do rozsyłania spamu używa się najczęściej tzw. botnetów (czyli sieci przejętych przez crackerów, zainfekowanych komputerów, które to sieci można wynająć za odpowiednią opłatą, rzadko kiedy niższą niż grube tysiące USD). Słowem, ktoś naraża się łamiąc prawo, płaci przestępcom za usługę i... wysyła miliony bezwartościowych wiadomości... po co?

To właśnie jest pytanie, z którym chciałem Was dziś pozostawić...

poniedziałek, 12 grudnia 2011

Moje refleksje: jeśli wszystko kojarzy się z jednym... to wiedz, że coś się dzieje!

Jak wszyscy - nieomal - wiemy, zbliża się Euro 2012, czyli impreza tak nagłaśniana, że wiedzą o niej zarówno dzieci, jak i ludzie w wieku podeszłym, niezależnie od tego, czy interesują się piłką nożną, czy też wręcz przeciwnie.

Myśląc o Euro 2012 i tych wszystkich inwestycjach "na Euro" odruchowo wspominam tzw. święta z czasów PRLu - na przykład słynne święto 22 lipca, z okazji którego również kończono rozmaite inwestycje, realizowano plany itd. Ale zasadniczo nie o tym chciałem dziś napisać.

Każda wielka impreza masowa jest w dzisiejszych czasach nieodłącznie powiązana z reklamą - wiem: co nie jest? Spytacie.

Ma to również miejsce w przypadku Euro 2012. Na ulicach pojawiają się pierwsze plakaty, wlepki i bannery, a w telewizji i Internecie zaczynają pojawiać się spoty reklamowe. O jednym z nich, zrobiło się szczególnie głośno i stał się on źródłem niezbyt wyszukanych skojarzeń, a co za tym idzie - całej masy uwag i komentarzy. Oto ów spot:



Film może nieco za długi, ale z drugiej strony pełen dobrych ujęć, niosący ze sobą bardzo pozytywną atmosferę (czyli to, co zdecydowanie nie trafia do przekonania większości Polaków!).

Oceny i komentarze? Oczywiście oceny są w przytłaczającej większości jak najniższe, a komentarze... komentarze to to, o czym chciałem tu napisać.

Otóż zdecydowanej większości komentujących, ten spot, kojarzy on się z... uwaga: "zboczeńcem" lub "gwałcicielem" ścigającym dziewczynę po ulicach Warszawy (to ta łagodniejsza wersja), albo z... dziewczyną lekkich obyczajów, która "jest piękna i zdrowa i chętnie da za darmo, każdemu obcokrajowcowi".

Jeśli pominiemy na moment denny, żenujący język tych komentarzy, niejednokrotnie zawierający wyjątkowo wulgarne wtręty, to całość powinna skłonić do przynajmniej dwóch refleksji:


  • czy liczba takich skojarzeń świadczy w jakiś sposób o tym, że nasze społeczeństwo pełne jest kryptozboczeńców i kryptoprostytutek, którym wszystko kojarzy się z jednym, i którzy to ludzie powinni już dawno znaleźć się pod opieką odpowiednich specjalistów (a być może także policji)? Wszak każdy ma takie skojarzenia, na jakie zasługuje i do jakich jest zdolny - generalnie myślę, że wnioski mogą być co najmniej zastanawiające, jeśli nie przerażające.
  • co się stało z naszym społeczeństwem w ciągu ostatnich kilkudziesięciu lat? Z przerażeniem stwierdzam, że poziom widzenia otaczającego nas Świata był wyższy nawet w przypadku pokoleń PRLu, że o wcześniejszych pokoleniach Polaków nie wspomnę. A kojarzenie wszystkiego z najniższymi instynktami dowodzi, że sami zredukowaliśmy się do poziomu trzody w miejsce społeczeństwa.


Bardzo smutne jest to, że pod względem poziomu i zdolności do odczuć estetycznych, w swej masie, zaczynamy odstawać od wszystkich naszych sąsiadów. Niestety zdaje się to być prawdą, niezależnie od tego, w jakim kierunku geograficznym się zwrócimy.

Gdzie są rodzice, opiekunowie i wychowawcy? W jaki sposób chcemy konkurować z najbardziej rozwiniętymi nacjami, skoro prosty spot reklamowy, pokazujący rzeczy, z których możemy być dumni, musimy opluć i zmieszać z błotem? Czyżby Polacy przestali już zasługiwać na swoje niepodległe Państwo, za które inni Polacy (i nie tylko) ginęli w męczarniach zaledwie kilkadziesiąt lat temu? Upadek naszego kraju miał już miejsce w historii właśnie z powodu braku elementarnego szacunku do własnych osiągnięć - a historia lubi się powtarzać - tylko my nie lubimy się jej uczyć i wyciągać z niej wniosków. Ludzie, ogarnijcie się... chciałoby się powiedzieć.

poniedziałek, 17 października 2011

Trzy grosze: "chemtrails" czyli moja ulubiona teoria spiskowa

Tak zwane "teorie spiskowe" mają jedną, wspólną cechę: zazwyczaj dowodzą, że podatne na nie osoby, zajmowały się w szkole czymkolwiek, tylko nie nauką.

Flagowym przykładem jest teoria spiskowa o tzw. "chemtrails", która mniej więcej głosi, że jacyś "oni" nas trują! Tak jest, trują. Ale uwaga - nie dodając czegoś do wody (co byłoby prostsze i tańsze) tylko wysyłając całą masę ogromnych samolotów, które lecąc na wysokości przelotowej komercyjnych odrzutowców, rozsiewają specjalnie spreparowane mieszanki rożnych substancji... po to, aby nas wszystkich... truć. (Pomijam tu fakt, że nie jest możliwe precyzyjne obliczenie, gdzie spadnie "aerozol" zrzucony na wysokości 10000 czy 12000 metrów - po drodze wieją wiatry o różnych kierunkach, na różnych wysokościach, a żeby było trudniej, jest to układ dynamiczny, który stale ewoluuje).

Są też tacy, którzy twierdzą, że nie chodzi o to, aby nas truć, tylko o to, aby rozsiewać cząstki substancji, które chronią Ziemię przed promieniowaniem kosmicznym - nazywam ich "optymistami chemtrails".

Bezpośrednim "dowodem" na to, że "trucie" ma miejsce w konkretnych momentach, ma być to, iż w niektóre dni niebo całe pokryte jest siatką smug kondensacyjnych (a więc owych "chemtrails"), a w inne dni - nie. Jeszcze bardziej twardym "dowodem" jest to, że w tym samym momencie, możemy dostrzec na niebie samolot, który pozostawia długą smugę kondensacyjną, a nieopodal taki samolot, który pozostawia smugę krótką i szybko zanikającą lub nawet wcale takowej nie pozostawia!

Tyle wstępu. Przejdźmy do demaskowania tego strasznego i jakże kosztownego spisku

Ci z nas, którzy uważali na lekcjach w szkole wiedzą, jakie czynniki mają wpływ na kondensację pary wodnej (temperatura, ciśnienie i oczywiście - wilgotność). Wiedzą też, że drobinki zanieczyszczeń w powietrzu mają bezpośredni wpływ na kondensację pary wodnej, jeśli tylko pojawią się odpowiednie ku temu warunki.

Lecący samolot (paradoksalnie nie tylko odrzutowy) pozostawia za sobą warkocze gorącego powietrza, dodatkowo zanieczyszczonego drobinkami produktów spalania paliwa lotniczego oraz śladowymi ilościami innych zanieczyszczeń (drobinki metalu, areozol węglowodorów, które nie uległy spaleniu itd.)

Jeśli wilgotność, ciśnienie i temperatura powietrza na pewnej wysokości są odpowiednie, wówczas kontrast temperatury pomiędzy spalinami lotniczymi i otoczeniem oraz fakt, iż owe spaliny zawierają drobinki materii - powodują kondensację pary wodnej, która zamienia się prawie natychmiast w kryształki lodu. Obserwujemy piękne smugi kondensacyjne, które mogą (ale nie muszą) zainicjować kondensację na większą skalę -  i... są w stanie wpłynąć na pogodę na danym obszarze.

Oczywiście warunki takie jak wilgotność, temperatura i ciśnienie powietrza są różne, na rożnych wysokościach i zmieniają się dynamicznie. Dlatego też, w niektórych dniach smugi tworzą się na wielu wysokościach i naprawdę łatwo, a w inne dni - nie tworzą się wcale lub są krótkie.

To samo dotyczy wysokości. Sam obserwowałem kilka dni temu sytuację, gdy wszystkie odrzutowce poruszające się na wysokości do mniej więcej 10500 metrów nie pozostawiały smug kondensacyjnych, poruszające się w przedziale od 10500 do 11000 pozostawiały krótkie smugi, które dość szybko zanikały, a poruszające się powyżej, pozostawiały długie smugi kondensacyjne, które z czasem "rwały się" na mniejsze odcinki i w formie podłużnych obłoków pozostawały długo na niebie, niesione powoli przez wiatr. Niestety jednak (dla teorii spiskowej), każdy z tych samolotów, był zwyczajną, rejsową maszyną, należącą do określonej linii lotniczej i... podążającą w określone miejsce.

W tym momencie, niektórzy z Was, zadają sobie pytanie: OK, skąd autor tych słów o tym wie? Jaką można mieć pewność, że to samolot Aeroflotu, Air France, Qatar Airways, El Al czy LOT-u, a nie złowroga maszyna trucicieli?

Spieszę rozwiać Wasze wątpliwości natychmiast. To akurat jest obecnie niezwykle proste do rozwikłania i to dzięki znanemu nam wszystkim... Internetowi!

Tak jest! Jeśli chcesz na własne oczy przekonać się, czy teoria o "chemtrails" jest prawdziwa, a wiedza ze szkoły nie wystarcza Ci, aby wiedzieć czym są owe smugi kondensacyjne, potrzebujesz:

  • lornetki (wystarczy nawet 7x35),
  • okna/balkonu/tarasu z widokiem na niebo,
  • komputera z otwartą w przeglądarce stroną WWW: http://www.flightradar24.com/

W sprzyjających warunkach, uda Ci się nawet rozpoznać malowanie danej maszyny, a niekiedy przeczytać nazwę linii lotniczej. Natomiast flightradar24 pomoże Ci ustalić, że to na pewno ta maszyna, zobaczyć z jaką szybkością i na jakim pułapie się porusza... oraz skąd i dokąd podróżuje ów samolot.

Kilka obserwacji i już wiesz, że nie są to tajemnicze maszyny nasłane przez wrogów ludu pracującego miast i wsi, tylko zwykła konsekwencja rozwoju ludzkości - ludzie chcą się przemieszczać, chcą się przemieszczać możliwie szybko i sprawnie. Tak się składa, że obecnie... służą do tego samoloty odrzutowe. Tak, prawdą jest, że tych samolotów jest bardzo dużo - także nad Polską.

Obserwując je co jakiś czas, dojdziesz do wniosku, że faktycznie są dni, gdy smugi kondensacyjne nie powstają wcale, oraz są takie, gdy smugi ciągną się za każdym samolotem, niezależnie od tego, czy porusza się on na 9000 czy 12000 metrów. Wszystko zależy od układu temperatury, ciśnienia i wilgotności.



piątek, 22 lipca 2011

Trzy grosze: "nie przegap" - czyli chamstwo w marketingu

To, że w przeciągu ostatnich kilkudziesięciu lat, tzw. schamienie naszego społeczeństwa postępuje - zauważa zapewne wielu z nas. Najgorsze jest jednak, że chamstwo staje się powszechne nie tylko w gorszych dzielnicach miast, czy ogólnie w najniższych warstwach społeczeństwa - ale również w życiu politycznym, w biznesie, w mediach i reklamie.

Oczywiście istnieją dwie ewentualności: albo, jako społeczeństwo, tak już schamieliśmy, że chamstwo uważamy za coś naturalnego i przechodzimy obok jego przejawów obojętnie, albo... uważa się nas za chamów i prostaków do tego stopnia, że tylko takim językiem można do nas "przemawiać". W obu przypadkach, jest to smutne i porażające.

Niestety należę do pokolenia, którego Rodzice wpajali jeszcze normy kultury i uczyli odróżniania dobrego tonu od pospolitego chamstwa. Między innymi dlatego, chamstwo panoszące się w polskich mediach i reklamie powoduje, iż coraz rzadziej sięgam po polski przekaz medialny, zastępując go... zagranicznym. Możecie wierzyć lub nie, ale takiego poziomu chamstwa w mediach i reklamie jak u nas - nie znajdziecie poza granicami Polski, przynajmniej wśród otaczających nas sąsiadów. Całkowicie niezależnie od kierunku geograficznego, który owi sąsiedzi zajmują na mapie.

Łatwość panoszenie się u nas chamstwa wzrasta wraz z poziomem powszechnego u nas nieuctwa. Od kiedy wyrosły, jak grzyby po deszczu, "wytwórnie papierów" - czyli tzw. uczelnie, w których wystarczy regularnie płacić, aby jakiś tam dyplom otrzymać... mamy w Polsce coraz więcej "inteligencji", która nie potrafi sklecić zdania po polsku, nie mówiąc już o poprawnej pisowni. Rodzi się więc domniemanie, iż ci sami ludzie, nie umiejący prawidłowo używać własnego języka, raczej nie są lepsi w językach obcych - np. w języku angielskim. Mam tu na myśli stan faktyczny, a nie wysokie mniemanie o swojej wiedzy, a co za tym idzie wartości - w gronie samych zainteresowanych.

Po "studiach", ludzie ci trafiają m.in. do biznesu, reklamy czy mediów i tam uskuteczniają swoją radosną twórczość, nawet nie mając pojęcia, jak tragiczny poziom reprezentują.

Proponuję rzut oka na kilka, chyba najbardziej widocznych, przykładów. Zacznę od tytułowego "nie przegap", które stało się już swoistym standardem reklamy w Polsce. Cóż to jest "nie przegap"? Otóż jest to zwrot, który stosujemy w odniesieniu do kogoś, kogo uważamy za tzw. "gapę". A cóż to jest gapa? Sięgnijmy do Słownika Języka Polskiego PWN:

1. «człowiek nierozgarnięty, nieuważny; też: człowiek, który coś przegapił lub się zagapił»

Słowem, dla marketingowca, który tak się do nas zwraca w treści reklamy, jesteśmy z definicji ludźmi nierozgarniętymi, nieuważnymi, którzy... mogą przegapić jego wspaniałą ofertę! Jesteśmy więc traktowani z założenia protekcjonalnie, jak takie lekko niedorozwinięte dzieci, którym trzeba coś pokazać palcem. Prawda, że miłe?

Żeby było weselej, jeśli zwrócicie owemu "orłowi PR" uwagę na ten fakt, ten natychmiast zasłoni się stwierdzeniem, że... "to jest przeniesienie na nasze rodzime podwórko angielskiego zwrotu 'don't miss...'!". Ale zaraz, czy na pewno? W kulturalnym słowniku języka angielskiego - np. Oksfordzkim, zauważymy, że pierwszymi znaczeniami są: opuścić coś, pominąć, przepuścić.. i dopiero potocznie przegapić. Słowem, z jakiegoś powodu, naszym specom od PR bardziej pasuje tłumaczenie potoczne, z kręgów tzw. ulicy, niż np. "nie pomiń", "nie przepuść okazji" itd...

Teraz przejdźmy do maniery zwracania się do wszystkich "per ty" lub po imieniu. O tym zresztą już pisałem przy innej okazji, ale wydaje mi się, że temat sam w sobie jest czysto lingwistycznie interesujący i warto do niego powrócić.

Otóż znowu, jak wiemy, w Polsce bardzo często tłumaczy się angielskie słówko "you" jako TY. Tylko i wyłącznie. A paradoksalnie, takie rozumienie tego słowa jest błędne i świadczy o bardzo powierzchownej i kiepskiej znajomości języka angielskiego, a prędzej - o jego nieznajomości.

Wystarczy obejrzeć jakikolwiek amerykański, czy brytyjski, film pokazujący sceny z życia ludzi mających ambicje nieco wyższe niż zamieszkiwanie podmiejskiego slumsu i... okaże się, że rozumienie słowa "you", gdy zwracamy się do innych osób, zależne jest od sposobu nawiązania konwersacji. Jeśli ktoś w powitaniu lub pierwszym zdaniu zwraca się do danej osoby stosując formy grzecznościowe:
- pan/pani/panna,
- stopień naukowy,
- tytuł polityczny, stopień wojskowy,
- inny tytuł wynikający z pełnionej przez daną osobę funkcji (prezes, tytuł kapłana w jakimś wyznaniu itd...)

... to wówczas "you" w kolejnych wypowiedziach skierowanych do takiej osoby, zastępuje po prostu ciągłe powtarzanie danego tytułu - ale - nie znaczy broń Boże, że dana osoba przeszła "na ty" z prezydentem, profesorem, generałem czy kapłanem. Co zresztą jest zwyczajowo potwierdzane, ponownym użyciem tytułu, co kilka zdań.

Natomiast faktem jest, że koledzy w szkole, czy chłopcy z gangu osiedlowego wołają do siebie "Hi!", "Hi there!", "Yo, man!" czy jakoś podobnie i następnie mówią do siebie per ty, ale nie jest absolutnie prawdą, że w krajach anglosaskich wszyscy są "na ty", a już na pewno nie jest sprzedający z klientem, student z profesorem, czy np. przechodzień z pastorem/rabinem/księdzem itd. Natomiast zdecydowanie nie są "per ty" ludzie żyjący w krajach romańskich, germańskich czy innych niż Polska - słowiańskich. W wielu tych krajach, do obcych osób nadal zwraca się per "wy". U nas ta forma "wymarła" za PRLu - zapewne za sprawą niechęci do "wiecie rozumiecie towarzyszu" - ulubionego zwrotu komunistów. Niemniej.. mamy swoje rodzime pan/pani, które konotacji komunistycznych raczej nie mają - używajmy ich więc. To naprawdę o wiele lepiej brzmi, ale i tu należy uważać. Otóż... naprawdę idiotycznie to wygląda, gdy dwudziestoletnia stażystka w studio pewnej stacji TV, prowadząc rozmowę z profesorem w podeszłym wieku, zwraca się do niego "panie Janku". To jest zwyczajnie.. żenujące! Mówi się "panie profesorze" w takim przypadku - tylko i wyłącznie.

Pamiętajmy, iż nie szanując innych, nie szanujemy siebie. Obniżając normy społeczne i pozwalając innym na ich lekceważenie, doprowadzamy w końcu do sytuacji, w której nie chce nam się żyć we własnym kraju, w otoczeniu tzw. Rodaków i - coraz częściej - Polak lepiej czuje się w otoczeniu obcokrajowców, którzy podstawowe normy społeczne jednak zachowali i się do nich stosują. Odbywa się to instynktownie. Niejednokrotnie gdy ktoś z nas przyjeżdża z dłuższego pobytu w UK, USA, Francji czy w Niemczech, czy też w Rosji i opowiada o tym, że tam ludzie reprezentują "inną kulturę", że u nas to "tak nie jest" itd. Ale przecież to, jak jest u nas, zależy tylko od nas! Zamiast pozbywać się dzieci sadzając je do komputerów i konsol oraz dając im kieszonkowe, aby się wyniosły z domu i nie przeszkadzały zajętym rodzicielom, może byśmy tak poświęcili odrobinę choćby czasu, na tłumaczenie swoim pociechom kiedy i dlaczego używamy słów takich jak: proszę, przepraszam, dziękuję... lub do kogo możemy zwracać się per ty, a do kogo tego robić nie wolno. Wszystkim nam, będzie się żyło wygodniej.

Na zakończenie zaprezentuję zdjęcie fragmentu pewnej, popularnej w Polsce, reklamy. Nie wiem, ale raczej nie pragnę być klientem firmy, która zwraca się do mnie w taki sposób:

sobota, 11 czerwca 2011

Moje refleksje: złodziejstwo niepospolite

Między zabraniem komuś godziny z życia a odebraniem mu życia jest tylko różnica skali.
                                                                                             - Frank Herbert
O ile pospolite złodziejstwo najczęściej jest przyczyną wielu nieprzyjemności dla okradanego, o tyle dziś chciałbym się zająć czymś, co określam mianem złodziejstwa niepospolitego, które staje się coraz częstszym zjawiskiem w Polsce i niestety - najczęściej - nie jest złodziejstwem, w świadomości niepospolitych złodziei.

Chodzi mi tu, o powszechny zwyczaj, nie płacenia w terminie za ludzką pracę. Nie ma w tym momencie znaczenia, czy chodzi o opłacanie osoby fizycznej - pracownika, czy też o zamawianie towarów lub usług w firmie i... ociąganie się z płatnością lub w ogóle wykręcanie się od jej uregulowania.

Dlaczego tę formę złodziejstwa określam mianem - niepospolitej? Dlatego, że jest to wyjątkowo obrzydliwa forma złodziejstwa i uważam, że zasługuje ona na wyjątkowo wyraźne napiętnowanie.

Zatrudniając kogoś (znowu - nie ma znaczenie, czy osobę fizyczną, czy firmę), uruchamiamy cały łańcuch zdarzeń, najczęściej dotyczący więcej niż jednej osoby. Ktoś poświęca nam swój czas, a więc swoje życie, ktoś poświęca nam swoje talenty i nabyte umiejętności - a więc znowu - swoje życie. Ktoś nie zajmuje się w tym samym czasie inną pracą - a więc nie zarabia poświęcając czas nam, ktoś nie zajmuje się w tym czasie osobami, którymi się opiekuje, ktoś nie uczy się, nie odpoczywa... a często również, inwestuje nie tylko czas, ale własne, zarobione wcześniej pieniądze i materiały w to, co dla nas robi. Chętnie odbieramy wykonaną dla nas pracę... i... i wtedy przestaje nam zależeć na czasie. Termin był ważny, gdy ten ktoś pracował dla nas - ale schodzi na drugi plan, gdy my mamy mu za to zapłacić!

W efekcie, może się zdarzyć tak - że osoba, czy firma wykonująca dla nas pracę - sama nie może uregulować swoich zobowiązań. W efekcie, wyjdzie na przysłowiową "szmatę" wobec innych, a przynajmniej straci dobre imię czy też nawet - popadnie w długi.

Coraz częściej czytam i słyszę o tej formie złodziejstwa - na szczęście rzadko - zdarza się też, że sam osobiście, jako właściciel firmy, muszę uciekać się do pomocy firm zajmujących się windykacją należności i... wówczas okazuje się, że dłużnik miał pieniądze na wszystko, tylko nie na zapłacenie za pracę, którą zamawiał. Zawsze jednak dochodzi strata czasu (już poza czasem poświęconym na pracę) i zdrowia - bo przecież człowieka szlag trafia, gdy widzi cwaniaka, który nie odpisuje na maile, nie odbiera telefonów - tłumacząc to później tym, że był... (sic!) zbyt zajęty. A przecież wszystko co robimy - wróci do nas - i jest to tak samo pewne, jak to, że dojrzałe jabłko z jabłoni spadnie, a nie uniesie się... w Kosmos!

Zawsze mnie zastanawiało, jak to się dzieje, że ktoś, kto kradnie innym ich życie - może spojrzeć w lustro, może spać, może nawet... dobrze się bawić? Jak to jest możliwe???

czwartek, 9 czerwca 2011

Trzy grosze: widziałem Obamy... cień.

Przesadą byłoby stwierdzenie, że zawsze zgadzam się z Wojtkiem Orlińskim, niemniej są takie komentarze Wojtka, które poruszają do głębi. Jednym z nich jest dla mnie felieton "Widziałem Obamę!".

Wojtek zadaje m.in. bardzo istotne pytanie: "Dlaczego jako przechodzień nie byłem uważany za zagrożenie dla Obamy na Park Lane, a stanowiłbym zagrożenie na Krakowskim Przedmieściu?"

Otóż wydaje mi się, że to czego - niestety - doświadczamy w Polsce przy okazji tego typu wizyt, jest wypadkową kilku zjawisk:

  • swoistego serwilizmu wobec znanych osobistości zagranicznych, które raczą łaskawie nas odwiedzić (bo z tradycyjną gościnnością te zachowania nie mają nic wspólnego),
  • tego jak traktują nas tzw. "nasi sojusznicy" (w tej kwestii naprawdę nic nie zmieniło się od roku 1918, czy 1939... a my, jako Naród, niestety nie umiemy wyciągać żadnych wniosków z tego, co nas spotkało i nadal spotyka na przestrzeni całej, naszej historii),
  • tego, jak traktujemy wzajemnie siebie samych i - w skutek czego - jak traktują nas, obywateli, nasze władze (czy też, jak to powinno być - wybrani przez Naród... "reprezentanci").

Reasumując.. poza Polską, jesteśmy postrzegani głównie jako dziwny i pyskaty grajdół, który.. "oderwał się od Rosji" (tak to stwierdzenie usłyszałem osobiście od obywatela USA kilka lat temu!), w którym mieszkają na wpół dzicy i potencjalnie niebezpieczni ludzie, których daje się sprytnie wykorzystać przy odpowiednim do nich podejściu. Do "odpowiedniego podejścia" należy tradycyjnie już składanie obietnic, których nikt i tak nie ma zamiaru dotrzymać - ale dlaczego miałby ich dotrzymywać, skoro samo ich złożenie daje pożądanych skutek? No sami powiedzcie...

Jeśli złoży się Polakom kilka obietnic oraz łaskawie się ich nawiedzi, to Polacy dalej będą gotowi bić się za NIE swoje interesy, pozwalać obcym robić u siebie niekorzystne interesy itd. itd.

Oczywiste jest, że na przestrzeni naszej historii, to my sami wypracowaliśmy sobie - z dużą dozą uporu i wytrwałości zresztą - tego typu opinię. Jednakże przykre jest to, że pomimo wielu bardzo smutnych doświadczeń, nadal popadamy w ksenofobię i martyrologię w miejsce trzeźwego myślenia i wyciągania konstruktywnych wniosków. Jednym z nich, powinno być uświadomienie sobie, że NIKT poza NAMI SAMYMI - nie będzie dbał o NASZE interesy, bo niby... czemu miałby to robić???? Naprawdę jesteśmy jedyną nacją na całym Świecie, która dba przede wszystkim o interesy innych, kosztem siebie i nie dbając o to, co otrzymamy w zamian. Może czas wreszcie dorosnąć?



czwartek, 2 czerwca 2011

Trzy grosze: Polacy i nazwy obce.

Dawno nic nie napisałem na blogu. Przepraszam ewentualnych zawiedzionych. Cóż, prozaiczna sprawa: nawał pracy po prostu.

Dziś jednak, napotkałem na jednej z grup dyskusyjnych, ciekawą dyskusję dotyczącą zmiany marki sieci Era GSM na T-Mobile i - niejako przy okazji - pojawił się w tej dyskusji temat dotyczący prawidłowej, polskiej wymowy nazwy T-Mobile. Pomyślałem, że temat wymowy obcych nazw w języku polskim jest ciekawy, intryguje mnie od lat i... w zasadzie zasługuje na choćby krótką notkę.

Szczerze mówiąc, zawsze mnie zastanawia to, że choć Polacy to Naród niezbyt garnący się do nauki języków (statystycznie), to z drugiej strony przywiązujący zadziwiającą wagę do "udawania" obcej wymowy, w obcych nazwach.

Oczywiście ponieważ - siłą rzeczy - łączy się to z tym pierwszym, wychodzą z tego niezłe "jaja" jak właśnie "ti mobajl" czy "kerfur", chociaż to pierwsze brzmi zupełnie inaczej z niemiecka, a to drugie to słowo francuskie (oznaczające po prostu... skrzyżowanie) i wymawia się je fonetycznie - mniej więcej - jako specyficznie zmiękczone "khiarfur" (gdzie "h" jest prawie niesłyszalnym przydechem), a "r" to typowe francuskie "r".

Więc może lepiej byłoby robić tak, jak Anglicy czy Francuzi: po prostu czytać obcą nazwę "po swojemu" lub stworzyć jakiś własny odpowiednik fonetyczny, jeśli czytane "po swojemu" brzmi dziwnie lub nie da się wypowiedzieć?

Zauważcie, że w Niemczech, Francji czy Anglii/USA - nikt, poza Polakami ;-) - nie mówi np. Warszawa, tylko Warschau, Varsovie czy Warsaw - bo dla nich Vahrshavah czy... jakoś tak - nie jest możliwe do wymówienia i oni o tym wiedzą.

Ot takie moje lingwistyczne 3gr na temat obcych nazw na marginesie tej dyskusji. :)

poniedziałek, 28 marca 2011

Moje refleksje: opłata za przesyłkę... czyli S/H/P po polsku

Wybaczcie proszę, że dawno nic nie napisałem oraz że nie poruszam tak ważkich problemów, jak choćby to, kto na kogo napluje 10 kwietnia, czy tematu słuszności wojny w Libii itp. itd. Wydaje mi się, że powyższymi tematami zajmuje się w Polsce tak wielu redaktorów różnej maści, że - póki co - tematy tego typu są wyczerpane i ja nie mam na tym polu nic do roboty.

Za to mam dziś dla Was nieco bardziej przyziemny i życiowy temat, a mianowicie: dziwne rozumienie, przez wiele osób, kwestii opłaty za przesyłkę na aukcjach internetowych, szczególnie tych wystawianych przez osoby prywatne, ale również - po części - przez firmy.

Jeśli ktoś z Was spodziewa się, że będę atakował sprzedawców, to się myli i może nie czytać dalej. Nie, dziś zajmę się kupującymi, a raczej ich dziwnymi przyzwyczajeniami.

W cywilizowanych krajach, w których aukcje internetowe są zjawiskiem starszym niż w Polsce (np. w USA), opłata za przesyłkę, bardzo często jest oznaczona jako S/H/P. Zapewne niektórzy z Was wiedzą, co oznacza ten skrót, a tym którzy nie wiedzą, spieszę z wyjaśnieniami. Otóż S/H/P to nic innego jak Shipping, Handling and Packaging, czyli: transport, obsługa i pakowanie - i wszystko jasne.

W Polsce jest oczywiście inaczej. O ile jesteśmy w stanie ścierpieć, że musimy zapłacić za cenę znaczka (skrupulatnie sprawdzając w taryfikatorze Poczty Polskiej, czy naprawdę znaczek za naszą przesyłkę kosztuje 7 czy 8 zł), o tyle oburza nas, gdy sprzedawca chce zamiast spodziewanej przez nas kwoty 7 zł, 10 zł lub zamiast 9 zł, 15 zł. Pojawia się krzyk o nieuczciwości, naciąganiu itd. itd. itd.

Zastanówmy się przez moment: jakie czynności sprzedawca musi wykonać, aby przesyłka, np. zwykłym listem poleconym dotarła do nas?

1. Musi pozyskać drogą kupna kopertę lub pudełko. Koperta lub pudełko zazwyczaj nie są rozdawane za darmo - są tanie, ale kosztują. (koszt opakowania, czas na jego zakup)

2. Musi zapakować towar do koperty/pudełka, zaadresować przesyłkę (czas).

3. Musi dostarczyć przesyłkę na pocztę, która nie zawsze mieści się za rogiem, a w wielu przypadkach wymaga dojazdu (w małych miejscowościach może to być kilka kilometrów) (czas, ew. koszt transportu, np. paliwa, bilet na autobus czy inny środek lokomocji)

4. Na poczcie najczęściej musi swoje odstać w kolejce. (czas)

5. Musi z tej poczty wrócić (czas, ew. koszt transportu, np. paliwa, bilet na autobus czy inny środek lokomocji).

Owszem, duże firmy faktycznie mogą mieć sprzęt do pakowania (co nie oznacza, że sam sprzęt nie kosztuje konkretnych pieniędzy, że energia zużywana przez te maszyny spada z nieba, czy że koperty/pudełka firma otrzymuje w ramach pomocy humanitarnej). Niemniej, w przypadku dużego sprzedawcy koszt jednostkowy wysyłki może być mniejszy (albo wliczony w marżę - bez obaw, jeśli wysyłka jest GRATIS, to oznacza to tylko tyle, że płacimy za nią w cenie towaru!). Od dużej firmy Poczta Polska może zabierać przesyłki, co też obniża koszt jednostkowy.

Tak czy owak, wynika z tego, że koszt wysyłki - nawet zwykłego listu poleconego, jest zauważalnie większy, aniżeli koszt znaczka pocztowego nalepionego na kopertę - jedynie my, kupujący przyzwyczailiśmy się nie dbać o koszty ponoszone przez sprzedawcę i mamy do niego pretensje, jeśli wymaga opłaty za dodatkowe czynności związane z obsługą przesyłki.

Z czego wynika taka postawa w polskim społeczeństwie?

W większości przypadków jest to efekt "post-PRLowski", polegający na głęboko wpojonym braku elementarnego szacunku do czasu i pracy innych ludzi. W kraju, w którym kilka pokoleń wychowywało się na podejściu "czy się stoi, czy się leży, pięć patoli się należy!" praca została zdewaluowana do roli czegoś skrajnie pogardzanego. Liczy się tylko nasze "dobro", a nasze "dobro", w naszym rozumieniu, jest wtedy, kiedy inni dają nam coś za darmo, bo nam się należy. Czemu nam się należy? Bo istniejemy. Tak, to wystarcza - a przynajmniej, naszym zdaniem, powinno...

Tych, którzy w to wierzą, muszę wyprowadzić z błędu. Jeśli my nie szanujemy czyjegoś czasu i pracy, to później nikt nie szanuje naszego czasu i naszej pracy, bo niby dlaczego miałby to robić? Dla innych ludzi, my nie jesteśmy ważniejsi niż ktokolwiek inny, nie mówiąc już o nich samych.

Wydaje mi się, że warto na przykładzie nieszczęsnego S/H/P na moment się zatrzymać i zastanowić się nad tym, jakie jest nasze codzienne podejście do innych ludzi, ich pracy, ich czasu.

środa, 2 lutego 2011

Trzy grosze: "jaka płaca taka praca" - czy aby na pewno?

Temat podejścia do pracy (jako takiej) poruszałem już jakiś czas temu, na tym blogu, w ramach moich refleksji.

Dziś jednak, spostrzegłem informację prasową, dotyczącą przekrętów związanych z budową autostrady A1. Gazeta pisze: "11 tysięcy ton ziemi zamiast kruszywa pod autostradą". W zasadzie nic nowego. Wiadomo jak jest na polskich budowach - nie od dziś, tylko przynajmniej od czasów PRLu.

Tak więc nie treść tego doniesienia mnie uderzyła, a pierwszy komentarz na Facebooku pod nią:


Bardzo to takie nasze, polskie stwierdzenie, ale niestety pozwolę sobie się kategorycznie z tym nie zgodzić.

Otóż Moi Mili, tak nie jest. Zasadniczo powinno to wyglądać w sposób następujący:


  • warunki zapłaty za wykonywaną pracę ustala się przed jej wykonaniem, podpisując stosowną umowę,
  • jeśli proponowane warunki płacy nam nie odpowiadają, to po prostu nie podpisujemy umowy i nie wykonujemy danej pracy,
  • jeśli natomiast podpisujemy umowę, a więc zobowiązujemy się do wykonania pracy, za określoną kwotę pieniędzy, to wykonujemy tę pracę najlepiej jak potrafimy - dlaczego - o tym już pisałem poprzednim razem.


Jeśli natomiast pracodawca nie zapłaci nam zgodnie z umową i w wyznaczonym terminie, to istniejące mechanizmy prawne, pozwalają nam na egzekwowanie zapłaty, na podstawie podpisanej umowy.

Natomiast wyrządzamy sobie ogromną krzywdę, jeśli usprawiedliwiamy swoje lenistwo czy też - jeszcze gorzej - złodziejstwo, wybiegami, jak ten zacytowany powyżej.

wtorek, 1 lutego 2011

Moje refleksje: "numery prywatne"

Wymyśliłem dziś takie hasło:

"Numery prywatne" odbieram czerwoną słuchawką!

Zasadniczo czym jest zastrzeganie numeru telefonu? Swoistym rodzajem tchórzostwa cywilnego, polegającego na cwaniactwie w rodzaju "ja mogę do ciebie zadzwonić, ale ty, nie, jeśli ci nie podam numeru z własnej woli". To jest mniej więcej tak, jakby ktoś zapukał do moich drzwi i poprosił o wpuszczenie do mojego domu, odmawiając choćby przedstawienia się.

Jak potraktowalibyście kogoś takiego? Ja oczywiście uznałbym, że nie ma sprawy... nie otworzyłbym mu drzwi pod żadnym pozorem. Gdyby dalej tam stał.. wezwałbym policję. Dlaczego więc mam odbierać telefon czy czytać e-maila od kogoś, kto boi się swojej własnej identyfikacji?

Ilekroć widzę osoby zastrzegające swoje telefony, czy piszące e-maile podpisane wyłącznie pseudonimem, przypomina mi się pewien post z listy dyskusyjnej APPLE-PL, sprzed jedenastu lat.

Wówczas to, jeszcze jako redaktor "Trybuny Ślaskiej", niejaki Jurek W. Bebak tak oto pisał o osobach, które boją się przedstawić:


[...]
Temat: opowieść o Bokudenie
[...]
Był to, jak wiadomo, historyczny japoński samuraj z dwunastego wieku, który jako pierwszy działał anonimowo na liście dyskusyjnej "MusashiStyleLovers" prowadznej na Wielkich Bambusowych Wrotach w Kioto.


Była to lista miłośników stylu Musashiego; facet najpierw szedł przez mostek, potem przez pole, potem zagajnikiem. Spotykał trzech chłopów niosących ryż. W celu ćwiczenia stylu ścinał ich jednym ciosem miecza. Następnie służący mówił "a teraz zagraj coś stosownego na tę chwilę, Musashi". Musashi wyciągał harfę i sru! Dawał ostre tiurli-tirli. Swym stylem tak zachwycił Japończyków, że jego miłośnicy założyli listę dyskusyjną. Były to zresztą czasy tak dawne, że jeszcze czarno-białe, więc 
Kurosawa nie mógł zrobić filmu w kolorze.


Ale wróćmy do Bokudena. Facet naprawdę nazywał się Hirokasu Agazakawa, co niestety znaczyło "Smutny Pętak O Straszliwie Śmierdzących Skarpetach, Które Niechybnie Wielki Tuńczyk Wyrzygał Nocą Na Plażę Pełną Zgniłych Krewetek". Nawet w Japonii niestety nie było to zbyt pochlebne miano. Hirokasu Agazakawa, czując przez pierwsze lata głęboki żal do swojego ojca, autora tego miana, jednookiego stręczyciela czterech rudych samic pawiana w jokohamskim portowym burdelu, wreszcie postanowił zmienić nazwisko. Ponieważ w Kanji (kolega Krzysztof Ż-P zaraz potwierdzi) Bokuden czytane na ukos w lusterku nad potokiem znaczy "Tajemniczy Facet, Ktory Się Wstydzi Swojego Nazwiska, I Na Listach Dyskusyjnych Występuje Pod Dziwacznym Pseudonimem, Bo Myśli, Że To Jest Kulowe", nasz bohater zaczął pod tym pseudonimem karierę. Nocą przekradał się pod Wielkie Bambusowe Wrota w Kioto i tak właśnie podpisywał swój posting (wówczas zwój papieru nawinięty na strzałę wystrzeliwaną z łuku), który potem był czytany i podziwiany przez innych samurajów - uczestników listy.


Od tamtej pory wszyscy, którzy mają z grubsza podobne kompleksy, też się tak podpisują, na pamiątkę owego słynnego Bokudena.


[...]


-----------------------
Jerzy W. Bebak
Trybuna Śląska Katowice

Myślę, że powinniśmy nauczyć się odróżniania swojej prywatności od pospolitego chamstwa.

Jeśli tak bardzo zależy mi na prywatności i anonimowości, to po prostu nie dzwonię ani nie piszę do nikogo - wówczas prawie nikt nie będzie wiedział o moim istnieniu. Jeśli jednak odczuwam potrzebę zwrócenia się do konkretnej osoby czy instytucji w jakiejś sprawie, to elementarne zasady dobrego wychowania wymagają, abym rozpoczynał dialog od przedstawiania się. W przypadku rozmowy telefonicznej, pokazanie swojego numeru telefonu jest elementem takiej właśnie prezentacji.

Dobranoc Państwu. :)

poniedziałek, 31 stycznia 2011

Moje refleksje: autorytety

Dookoła ma miejsce wiele ciekawych wydarzeń, a ja jestem ostatnio zbyt zajęty, aby komentować choćby najważniejsze z nich.

Niemniej dziś brałem udział w krótkiej dyskusji, w której padło znamienne dla mnie zdanie. Zdanie to w zasadzie jest swoistym znakiem czasów - i - coraz częściej bywa wypowiadane nawet przez osoby, które skądinąd reprezentują ogólnie wysoki poziom. Jest to tym bardziej niepokojące. Otóż owe zdanie brzmi: "No ale nic nie powiedziałeś, jedziesz argumentem z autorytetu."

Jego autor chciał w ten sposób zaznaczyć, iż wskazanie osób będących utytułowanymi specjalistami z danej dziedziny, jako źródła dalszych informacji jest bezwartościowe, gdyż to sam dyskutant powinien osobiście bronić, do upadłego, prezentowanej tezy.

Skąd bierze się takie podejście?

Otóż staje się ono coraz bardziej widoczną cechą polskiego społeczeństwa. Jak wiemy, każdy Polak jest najlepszym politykiem, lekarzem, mechanikiem i kapłanem. Sami wbijamy się w przekonanie, że nie mieć o czymś zdania, nie wiedzieć czegoś czy też powołać się na wiedzę kogoś innego - przynosi nam swoistą hańbę! Jak JA (ach to nasze ego!)  mógłbym nie wiedzieć czegoś, albo przynajmniej nie mieć na dany temat zdania? To niedopuszczalne!

W efekcie, mogę śmiało krytykować profesora medycyny - nie będąc lekarzem, czy Premiera - nie będąc politykiem. Mogę mieć zdanie co każdy z nich powinien robić i jak. Ba, mam pełne PRAWO pisać i mówić o tym na forum publicznym...

OK, tylko czy przypadkiem polemizowanie z osobą, która przerasta nas wiedzą, w jakimś zakresie, o rzędy wielkości, nie jest dowodem naszej ignorancji, połączonej z daleko idącą arogancją? Pozostawiam Wam ten temat do przemyślenia.

sobota, 11 grudnia 2010

Polityka: finansowanie polityków z budżetu... a może by tak?...

Do napisania dzisiejszych kilku zdań skłoniła mnie bezpośrednio wypowiedź p. Palikota dotycząca propozycji finansowania partii politycznych w Polsce: "Palikot: finansować partie z PIT-ów". To ciekawy pomysł i zapewne byłby to krok w dobrym kierunku. W o wiele lepszym kierunku niż podnoszenie podatku VAT do 23%.

Bo zastanówmy się: jak można by najprościej zmobilizować polityków do tworzenia przemyślanych programów politycznych, a następnie do konieczności ich realizacji? Chyba najprościej byłoby wypracować taki stan rzeczy, uzależniając środki finansowe, jakimi dysponuje ugrupowanie, a więc i sam polityk - od jego efektywności w ocenie społeczeństwa.

Nie mam tu na myśli żadnego zespołu sędziów oceniających poszczególne partie i poszczególnych polityków. Chodzi mi raczej o sytuację, w której w partii - jak w firmie - wynik finansowy zależy od efektów pracy wszystkich, zaangażowanych zespołów ludzi. Gdyby partie polityczne były utrzymywane wyłącznie ze składek swoich członków oraz z dobrowolnych datków przekazywanych przez zwolenników, musiałby w końcu zacząć dbać o nich - nie tylko w okresie przedwyborczym, ale przez cały czas swojego istnienia. Inaczej, zwolennicy przestają przekazywać wsparcie finansowe i partia autentycznie znika ze sceny politycznej.

Ależ oczywiście, że zdaje sobie sprawę z faktu, iż powyższa idea nie może znaleźć poparcia w gronie zdecydowanej większości obecnych polityków! Przecież to oczywiste. Nie oszukujmy się. W sporej części przypadków, politykiem zostaje się po to, aby zaistnieć, zdobyć władzę i pieniądze - a nie odwrotnie! Z drugiej jednak strony, gdyby wprowadzić zasady, o których napisałem powyżej, może polityką zaczęliby się wreszcie interesować ci ludzie, którzy chcą coś zrobić dla wszystkich tych, którzy głosując na nich, dają im swój kredyt zaufania?

Pójdźmy dalej. Mamy Sejm RP. Mamy w nim wielu polityków, którzy w zdecydowanej większości są przedstawicielami konkretnych partii politycznych. Obserwując ich pracę, dochodzimy częstokroć do wniosku, że na pewno, mogliby lepiej i zdecydowanie więcej. Nie rzadko zdarza się przecież, że w trakcie ważnego głosowania, sejmowa sala świeci pustkami, dlaczego?

Wydaje mi się, że odpowiedź na to pytanie jest dość prosta. Przecież, jeśli jesteś już Posłem RP, dostajesz sowitą dietę, immunitet, masę przywilejów (w tym wiele bezpłatnych usług na koszt podatnika), no... to przynajmniej przez te kilka lat kadencji nie musisz się wysilać... Dobrze, może przed samymi wyborami trzeba będzie o sobie przypomnieć, bo przy odrobinie szczęścia, można się załapać na drugą kadencję, a więc zachować te wszystkie: diety, przywileje i splendor...

Ale zaraz.. a co by się stało, gdyby z budżetu Państwa utrzymywana była wyłącznie infrastruktura, czyli budynki, ich wyposażenie dajmy na to, ba.. nawet rachunki za prąd i telefony dodajmy (choć z telefonami byłbym już ostrożny), a reszta... cóż - chcesz bracie być Posłem RP? Musisz mieć środki na to, żeby się utrzymać. Owszem - twoja partia może cię wspierać, jeśli uważa to za stosowne. Ale niestety - bycie Posłem RP oznacza pracę, a nie kokosy i nieuzasadnione przywileje na koszt obywatela... co by się wówczas działo?

Czy podobnie, jak w przypadku samych, samofinansujących się partii politycznych, tak i tu, w Sejmie RP, wybrani tam ludzie byliby tymi, którzy coś chcą dla swoich wyborców naprawdę zrobić, a nie tylko pragną pobierać gażę i jakoś przeczekać kadencję?

W każdym razie, na pewno, gwałtownie spadłoby zainteresowanie polityką ze strony wszelakich karierowiczów, osób, które upatrują w tym zajęciu możliwość wzbogacenia się kosztem innych, bez konieczności robienia czegokolwiek.

piątek, 10 grudnia 2010

Trzy grosze: kto decyduje o naszych pieniądzach i... dlaczego to nie jesteśmy my?

Kolejny raz piszę o WikiLeaks i całej tej aferze. Powoli ten temat zaczynałby mnie nudzić (nie wiem, jak Was?), ale kolejne fakty pojawiające się niejako przy okazji - dają dużo do myślenia.

Otóż, tym razem nie chcę się koncentrować ani na informacjach upublicznionych przez WikiLeaks, ani na crackerskich atakach na WikiLeaks, czy - ponoć odwetowych - na PayPal, Visę i MasterCard. Tym razem interesują mnie kwestie dotyczące większości z nas - obywateli do niedawna tzw. "Wolnego Świata", płacących podatki i zarabiających uczciwie pieniądze, swoje własne pieniądze.

Okazuje się, że instytucje, którym (wcale nie za darmo!) powierzamy nasze finanse, zaczynają bezczelnie uzurpować sobie prawo do decydowania, na co możemy wydać te nasze pieniądze! Tak proszę Państwa: PayPal, Visa i MasterCard radośnie wpadły na pomysł, że nie możemy przekazywać datków na WikiLeaks, bo... nie i już, bo oni tak chcą, bo być może rząd USA tak chce itd. itd.

Osobiście nie mam zamiaru przekazywać datków na WikiLeaks i nie znam nikogo kto twierdzi, że ma taki zamiar, niemniej bardzo niepokoi mnie fakt, że oprócz coraz liczniejszych prób nastawania na wolność słowa i swobodę komunikacji w Internecie, zaczyna się też bandytyzm w biały dzień, w wydaniu korporacji finansowych, które zdają się tworzyć bezprecedensowe dotychczas fakty. Oto my, jako ich klienci, mamy przyjąć do świadomości, że to one decydują o tym, za co nam wolno płacić, a za co nie i komu. Dziś WikiLeaks, a jutro być może każdy inny serwis internetowy, każde inne medium (np. prenumerata gazety czy niepokornego kanału telewizji), czy np. produkty firmy, której "wolne i demokratyczne kraje"... nie lubią, bo tak.

Pięknie opisał ten problem na swoim blogu dziennikarz, Bogusław Chrabota w "Master i Visa blokują Wikileaks", polecam do rozważenia: czy aby pewne granice przyzwoitości nie zostają tu już przekroczone?