wtorek, 24 stycznia 2012

Moje refleksje: ACTA - imperatyw rządowy

Staram się pomijać na blogu cięższe tematy polityczne, ale tym razem nie mogę sobie na to pozwolić - z powodu czystej uczciwości względem samego siebie. Uważam, że obowiązkiem myślącego człowieka, szanującego wolną wolę jednostki i podstawowe prawa obywatelskie jest zadanie kilku kluczowych pytań w obecnej sytuacji.

Uważam, że zawężanie tematyki haniebnego paktu, jakim jest ACTA, do Internetu czy nawet kwestii tzw. piractwa, jest na obecnym etapie totalnym nieporozumieniem. Umówmy się, że mechanizmy, które ujawniła cała "afera" z podpisaniem ACTA przez polski Rząd, powinny skłaniać nas wszystkich do zadania podstawowych pytań o rolę naszych przedstawicieli, którymi w myśl założeń demokracji, są wybrani przez nas (jako społeczeństwo) politycy, sprawujący - rzekomo w imieniu tegoż społeczeństwa - odpowiedzialne funkcje, pozwalające im na podejmowanie decyzji w imieniu wszystkich obywateli - w tym, na forum międzynarodowym.

Nie będę tu rozwodził się na temat ataków na serwery rządowe. Jedno co mogę o nich powiedzieć, to to, że pewnikiem bez nich, opinia publiczna nie dowiedziałaby się o tej skandalicznej sprawie, lub dowiedziałaby się o wiele za późno - koniec końców, ataki te okazały się być zjawiskiem o zabarwieniu pozytywnym, choć dziwnie to brzmi w ustach kogoś, kto od 19 lat atakom tego typu zapobiega.

Zanim zadam te, moim zdaniem kluczowe, pytania, chciałbym odnieść się do felietonu Wojtka Orlińskiego opublikowanego pt. "Rządzie, ucz się od Amerykanów!" we wczorajszej Gazecie Wyborczej. Wojtek dokonał w nim porównania reakcji amerykańskich polityków na protest społeczeństwa przeciwko wprowadzeniu ustawy SOPA, z reakcją polskiego Rządu na o wiele silniejszy protest polskiego społeczeństwa przeciwko podpisaniu ACTA. W zasadzie tekst ten jest jak dotąd jednym z najlepszych podsumowań tego, co wydarzyło się w Polsce w przeciągu ostatnich dwóch dni.

Jeśli do powyższego dodamy fakt, że po naradzie z ministrami, Premier Donald Tusk stwierdził, iż polski Rząd podpisze jednak pakt ACTA 26 stycznia br. "a potem będzie czas na konsultacje", to oznacza to ni mniej, ni więcej tyle, że polski Premier jawnie przyznał, iż nie zamierza liczyć się z głosem polskiej opinii publicznej, ale nie tylko opinii publicznej, bo nawet instytucji państwowych - jak choćby GIODO!

Pierwsze pytanie brzmi więc: czy demokratycznie wybrany Rząd, może całkowicie ignorować głos obywateli, dzięki którym rządzi - i to nie tylko dlatego - że został przez nich wybrany, ale również dlatego, że obywatele ci, w codziennym pocie czoła, wypracowują podatki, za które ów Rząd się utrzymuje, i które finansują jego działania?

Drugie pytanie jest następujące: czy fakt, że Rząd w swoich oświadczeniach zdaje się publicznie mijać z prawdą (mam tu na myśli szereg faktów, od twierdzenia, że odbyły się konsultacje w sprawie ACTA po twierdzenie, że ACTA nie wprowadza niczego, co nie istniałoby już w polskim prawie) jest dopuszczalny i podtrzymuje mandat tego Rządu, na dalsze reprezentowanie obywateli Rzeczpospolitej Polskiej i ich żywotnych interesów?

Trzecie pytanie: co powoduje, że grupa polityków ma tak silny imperatyw podpisania podejrzanego porozumienia międzynarodowego, że ryzykuje całe swoje kariery (łącznie z tym, że nigdy więcej nie zbierze w wyborach wystarczającej liczby głosów, aby nie wypaść z polityki)? Przecież coś w tym ACTA musi być szczególnego, co powoduje, że tak twarda i sprzeczna z opinią wielu środowisk postawa, zostaje określona, jako opłacalna...

Przypomnijmy: ACTA jest paktem międzynarodowym, powołanym do życia na życzenie koncernów medialnych i korporacji, od początku negocjowanym w pełnej tajemnicy - bez jakiejkolwiek kontroli demokratycznej. Pakt ten, zawiera szereg niejasnych, albo jawnie groźnych zapisów, jak choćby legendarny rozdz. II, art 6. ust. 4 o brzmieniu:

Żadne postanowienie niniejszego rozdziału nie może być interpretowane w taki sposób, by nakładało na Stronę wymóg nałożenia na swoich urzędników odpowiedzialności za działania podjęte w związku z wypełnianiem ich urzędowych obowiązków.
... albo ...

rozdz. II, art 11:

Bez uszczerbku dla prawodawstwa Strony dotyczącego przywilejów, ochrony poufności źródeł informacji lub przetwarzania danych osobowych, każda Strona zapewnia swoim organom sądowym, w cywilnych procedurach sądowych dotyczących dochodzenia i egzekwowania praw własności intelektualnej, prawo do nakazania sprawcy naruszenia lub domniemanemu sprawcy naruszenia, na uzasadniony wniosek posiadacza praw, by przekazał posiadaczowi praw lub organom sądowym, przynajmniej dla celów zgromadzenia dowodów, stosowne informacje, zgodnie z obowiązującymi przepisami ustawodawczymi i wykonawczymi, będące w posiadaniu lub pod kontrolą sprawcy naruszenia lub domniemanego sprawcy naruszenia. Informacje takie mogą obejmować informacje dotyczące dowolnej osoby zaangażowanej w jakikolwiek aspekt naruszenia lub domniemanego naruszenia oraz dotyczące środków produkcji lub kanałów dystrybucji towarów lub usług stanowiących naruszenie lub domniemane naruszenie, w tym informacje umożliwiające identyfikację osób trzecich, co do których istnieje domniemanie, że są zaangażowane w produkcję i dystrybucję takich towarów lub usług oraz na identyfikację kanałów dystrybucji tych towarów lub usług.

... czy też ...

rozdz. II, art 26, ust 4 o brzmieniu następującym:

Strona może, zgodnie ze swoimi przepisami ustawodawczymi i wykonawczymi, zapewnić swoim właściwym organom prawo do wydania dostawcy usług internetowych nakazu  niezwłocznego ujawnienia posiadaczowi praw informacji wystarczających do zidentyfikowania abonenta, którego konto zostało użyte do domniemanego naruszenia, jeśli ten posiadacz praw złożył wystarczające pod względem prawnym roszczenie dotyczące naruszenia praw związanych ze znakami towarowymi, praw autorskich lub pokrewnych i informacje te mają służyć do celów ochrony lub dochodzenia i egzekwowania tych praw. Procedury są stosowane w sposób, który pozwala uniknąć tworzenia barier dla zgodnej z prawem działalności, w tym handlu elektronicznego, oraz, zgodnie z prawodawstwem Strony, zachowuje podstawowe zasady, takie jak wolność słowa, sprawiedliwy proces i prywatność.

... który brzmi, jak jawna kpina (proszę sobie zestawić podkreślone fragmenty tego ustępu) - nasze dane osobowe, mogą zostać udostępnione obcemu podmiotowi komercyjnemu na podstawie jedynie domniemania, że nasze konto (cokolwiek to znaczy) zostało użyte do naruszenia... itd. Czyli nie organom ścigania, nie sądowi, nie Interpolowi.. tylko.. np. koncernowi medialnemu!

Słowem, ktoś złoży na nas złośliwy donos (np. "przychylny" sąsiad) i... stajemy się domniemanym sprawcą, który.. musi przekazać obcemu podmiotowi nie tylko dane o sobie, ale także o osobach trzecich, a także o... szczegółach dotyczących własnej działalności gospodarczej!!!

Podkreślam jeszcze raz - wydawanie tego typu informacji obcym organom ścigania na podstawie jedynie domniemania popełnienia przestępstwa byłoby daleko idącą przesadą, a wydawanie takich informacji obcym podmiotom komercyjnym (bo to one są najczęściej posiadaczami praw, o których tu mowa) uznać można chyba za działanie poza wszelką dopuszczalną praktyką, a nawet działanie na szkodę własnej przedsiębiorczości, która w Polsce jest konstytucyjnie chroniona.

Zapraszam do przemyślenia powyższego, skonfrontowania z doniesieniami mediów z ostatnich dwóch dni i z własnym sumieniem. Zastanówmy się, czy nie doszło tu do przekroczenia elementarnych zasad, na których opiera się obecny ustrój naszego Państwa.

czwartek, 5 stycznia 2012

Trzy grosze: po co jest... SPAM?

Spam - czyli "niechciane wiadomości elektroniczne" - najczęściej e-mail, czasem też SMS lub IM.

Każdy użytkownik Internetu spotyka się z nim prędzej czy później. Większość z nas zwalcza spam w taki czy inny sposób. Ze spamem walczą rozmaite organizacje i firmy, ze spamem walczę użytkownicy sieci. Produkuje się całą masę narzędzi, które służą do rozpoznawania i zwalczania spamu. Powstają organizacje, których celem jest zwalczanie spamu. Rozsyłanie spamu jest w wielu krajach karalne i...  generalnie spam jest ZŁY!

Ale czy ktokolwiek z nas zadaje sobie pytanie: po co jest spam? Do czego on tak naprawdę służy?

Wydaje mi się, że mało kto zadaje sobie to pytanie, bo odpowiedź jest oczywista - spam, to próba najtańszej promocji produktów i usług w sieci, na obraz i podobieństwo zaśmiecania naszych skrzynek pocztowych rozmaitymi ulotkami.

Tak dalece jesteśmy przeświadczeni o słuszności tej wizji, że w zasadzie każdy, zapytany przeze mnie, odpowiedział tak samo - spam to nachalna metoda sprzedaży. Specjaliści zajmujący się bezpieczeństwem w sieci, wspominają jeszcze o rozmaitych atakach, propagujących się za pośrednictwem spamu. Jest to więc tzw. phishing (czyli spreparowane wiadomości, których celem jest wyłudzanie od nas danych osobowych, czy choćby loginów i haseł do konta bankowego), są to wirusy komputerowe, rozpowszechniające się w postaci wiadomości e-mail i załączników do nich, są to rozmaite, internetowe "łańcuszki" - te ostatnie, są zresztą najmniej niebezpieczne.

OK, ale wróćmy do czystego, tradycyjnego spamu. Takie wiadomości kasujemy z pogardą lub wręcz obrzydzeniem. Bo oto ktoś wciska nam Viagrę, Penis Enlargement czy inne świństwo... Inne oferty dotyczą azjatyckich podróbek drogich zegarków, podróbek kosmetyków czy choćby sprzedaży pirackich filmów lub pirackiego oprogramowania (najczęściej firm Adobe i Microsoft). Bardziej wyrafinowane spamy oferują na przykład pośrednictwo w założeniu firmy w Wielkiej Brytanii, fałszywy doktorat lewego uniwersytetu czy konto na Kajmanach.

A teraz pytanie: ilu z Was zareagowało na ofertę ze spamu i kupiło cokolwiek, co było oferowane w ten sposób? Śmiało, nie będę bił ani ujawniał personaliów, no ilu?

Pytacie podejrzliwie do czego zmierzam? Otóż zmierzam do sedna sprawy. Postanowiłem przeprowadzić pewien eksperyment. Wybrałem pewną grupę ofert ze spamów, które nie wyglądały z góry na próbę wyłudzenia danych czy numeru karty kredytowej i postanowiłem (używając oczywiście specjalnie założonego, darmowego konta e-mail) skontaktować się ze sprzedawcami/firmami, które podały swój kontakt w danym spamie. I... No właśnie, zgadnijcie co się stało?

Nic się nie stało. Słowem - albo adresy kontaktowe podawane w spamie od razu okazują się nie działać lub w ogóle nie istnieć, albo.. nikt nie odpowiada na przesłane zapytanie (cały czas mam na myśli prawdziwy, niezamówiony spam, a nie np. wiadomości handlowe polskich firm, na których przesyłanie wyraziliśmy zgodę).

Wiadomo powszechnie, że do rozsyłania spamu używa się najczęściej tzw. botnetów (czyli sieci przejętych przez crackerów, zainfekowanych komputerów, które to sieci można wynająć za odpowiednią opłatą, rzadko kiedy niższą niż grube tysiące USD). Słowem, ktoś naraża się łamiąc prawo, płaci przestępcom za usługę i... wysyła miliony bezwartościowych wiadomości... po co?

To właśnie jest pytanie, z którym chciałem Was dziś pozostawić...

poniedziałek, 12 grudnia 2011

Moje refleksje: jeśli wszystko kojarzy się z jednym... to wiedz, że coś się dzieje!

Jak wszyscy - nieomal - wiemy, zbliża się Euro 2012, czyli impreza tak nagłaśniana, że wiedzą o niej zarówno dzieci, jak i ludzie w wieku podeszłym, niezależnie od tego, czy interesują się piłką nożną, czy też wręcz przeciwnie.

Myśląc o Euro 2012 i tych wszystkich inwestycjach "na Euro" odruchowo wspominam tzw. święta z czasów PRLu - na przykład słynne święto 22 lipca, z okazji którego również kończono rozmaite inwestycje, realizowano plany itd. Ale zasadniczo nie o tym chciałem dziś napisać.

Każda wielka impreza masowa jest w dzisiejszych czasach nieodłącznie powiązana z reklamą - wiem: co nie jest? Spytacie.

Ma to również miejsce w przypadku Euro 2012. Na ulicach pojawiają się pierwsze plakaty, wlepki i bannery, a w telewizji i Internecie zaczynają pojawiać się spoty reklamowe. O jednym z nich, zrobiło się szczególnie głośno i stał się on źródłem niezbyt wyszukanych skojarzeń, a co za tym idzie - całej masy uwag i komentarzy. Oto ów spot:



Film może nieco za długi, ale z drugiej strony pełen dobrych ujęć, niosący ze sobą bardzo pozytywną atmosferę (czyli to, co zdecydowanie nie trafia do przekonania większości Polaków!).

Oceny i komentarze? Oczywiście oceny są w przytłaczającej większości jak najniższe, a komentarze... komentarze to to, o czym chciałem tu napisać.

Otóż zdecydowanej większości komentujących, ten spot, kojarzy on się z... uwaga: "zboczeńcem" lub "gwałcicielem" ścigającym dziewczynę po ulicach Warszawy (to ta łagodniejsza wersja), albo z... dziewczyną lekkich obyczajów, która "jest piękna i zdrowa i chętnie da za darmo, każdemu obcokrajowcowi".

Jeśli pominiemy na moment denny, żenujący język tych komentarzy, niejednokrotnie zawierający wyjątkowo wulgarne wtręty, to całość powinna skłonić do przynajmniej dwóch refleksji:


  • czy liczba takich skojarzeń świadczy w jakiś sposób o tym, że nasze społeczeństwo pełne jest kryptozboczeńców i kryptoprostytutek, którym wszystko kojarzy się z jednym, i którzy to ludzie powinni już dawno znaleźć się pod opieką odpowiednich specjalistów (a być może także policji)? Wszak każdy ma takie skojarzenia, na jakie zasługuje i do jakich jest zdolny - generalnie myślę, że wnioski mogą być co najmniej zastanawiające, jeśli nie przerażające.
  • co się stało z naszym społeczeństwem w ciągu ostatnich kilkudziesięciu lat? Z przerażeniem stwierdzam, że poziom widzenia otaczającego nas Świata był wyższy nawet w przypadku pokoleń PRLu, że o wcześniejszych pokoleniach Polaków nie wspomnę. A kojarzenie wszystkiego z najniższymi instynktami dowodzi, że sami zredukowaliśmy się do poziomu trzody w miejsce społeczeństwa.


Bardzo smutne jest to, że pod względem poziomu i zdolności do odczuć estetycznych, w swej masie, zaczynamy odstawać od wszystkich naszych sąsiadów. Niestety zdaje się to być prawdą, niezależnie od tego, w jakim kierunku geograficznym się zwrócimy.

Gdzie są rodzice, opiekunowie i wychowawcy? W jaki sposób chcemy konkurować z najbardziej rozwiniętymi nacjami, skoro prosty spot reklamowy, pokazujący rzeczy, z których możemy być dumni, musimy opluć i zmieszać z błotem? Czyżby Polacy przestali już zasługiwać na swoje niepodległe Państwo, za które inni Polacy (i nie tylko) ginęli w męczarniach zaledwie kilkadziesiąt lat temu? Upadek naszego kraju miał już miejsce w historii właśnie z powodu braku elementarnego szacunku do własnych osiągnięć - a historia lubi się powtarzać - tylko my nie lubimy się jej uczyć i wyciągać z niej wniosków. Ludzie, ogarnijcie się... chciałoby się powiedzieć.

poniedziałek, 17 października 2011

Trzy grosze: "chemtrails" czyli moja ulubiona teoria spiskowa

Tak zwane "teorie spiskowe" mają jedną, wspólną cechę: zazwyczaj dowodzą, że podatne na nie osoby, zajmowały się w szkole czymkolwiek, tylko nie nauką.

Flagowym przykładem jest teoria spiskowa o tzw. "chemtrails", która mniej więcej głosi, że jacyś "oni" nas trują! Tak jest, trują. Ale uwaga - nie dodając czegoś do wody (co byłoby prostsze i tańsze) tylko wysyłając całą masę ogromnych samolotów, które lecąc na wysokości przelotowej komercyjnych odrzutowców, rozsiewają specjalnie spreparowane mieszanki rożnych substancji... po to, aby nas wszystkich... truć. (Pomijam tu fakt, że nie jest możliwe precyzyjne obliczenie, gdzie spadnie "aerozol" zrzucony na wysokości 10000 czy 12000 metrów - po drodze wieją wiatry o różnych kierunkach, na różnych wysokościach, a żeby było trudniej, jest to układ dynamiczny, który stale ewoluuje).

Są też tacy, którzy twierdzą, że nie chodzi o to, aby nas truć, tylko o to, aby rozsiewać cząstki substancji, które chronią Ziemię przed promieniowaniem kosmicznym - nazywam ich "optymistami chemtrails".

Bezpośrednim "dowodem" na to, że "trucie" ma miejsce w konkretnych momentach, ma być to, iż w niektóre dni niebo całe pokryte jest siatką smug kondensacyjnych (a więc owych "chemtrails"), a w inne dni - nie. Jeszcze bardziej twardym "dowodem" jest to, że w tym samym momencie, możemy dostrzec na niebie samolot, który pozostawia długą smugę kondensacyjną, a nieopodal taki samolot, który pozostawia smugę krótką i szybko zanikającą lub nawet wcale takowej nie pozostawia!

Tyle wstępu. Przejdźmy do demaskowania tego strasznego i jakże kosztownego spisku

Ci z nas, którzy uważali na lekcjach w szkole wiedzą, jakie czynniki mają wpływ na kondensację pary wodnej (temperatura, ciśnienie i oczywiście - wilgotność). Wiedzą też, że drobinki zanieczyszczeń w powietrzu mają bezpośredni wpływ na kondensację pary wodnej, jeśli tylko pojawią się odpowiednie ku temu warunki.

Lecący samolot (paradoksalnie nie tylko odrzutowy) pozostawia za sobą warkocze gorącego powietrza, dodatkowo zanieczyszczonego drobinkami produktów spalania paliwa lotniczego oraz śladowymi ilościami innych zanieczyszczeń (drobinki metalu, areozol węglowodorów, które nie uległy spaleniu itd.)

Jeśli wilgotność, ciśnienie i temperatura powietrza na pewnej wysokości są odpowiednie, wówczas kontrast temperatury pomiędzy spalinami lotniczymi i otoczeniem oraz fakt, iż owe spaliny zawierają drobinki materii - powodują kondensację pary wodnej, która zamienia się prawie natychmiast w kryształki lodu. Obserwujemy piękne smugi kondensacyjne, które mogą (ale nie muszą) zainicjować kondensację na większą skalę -  i... są w stanie wpłynąć na pogodę na danym obszarze.

Oczywiście warunki takie jak wilgotność, temperatura i ciśnienie powietrza są różne, na rożnych wysokościach i zmieniają się dynamicznie. Dlatego też, w niektórych dniach smugi tworzą się na wielu wysokościach i naprawdę łatwo, a w inne dni - nie tworzą się wcale lub są krótkie.

To samo dotyczy wysokości. Sam obserwowałem kilka dni temu sytuację, gdy wszystkie odrzutowce poruszające się na wysokości do mniej więcej 10500 metrów nie pozostawiały smug kondensacyjnych, poruszające się w przedziale od 10500 do 11000 pozostawiały krótkie smugi, które dość szybko zanikały, a poruszające się powyżej, pozostawiały długie smugi kondensacyjne, które z czasem "rwały się" na mniejsze odcinki i w formie podłużnych obłoków pozostawały długo na niebie, niesione powoli przez wiatr. Niestety jednak (dla teorii spiskowej), każdy z tych samolotów, był zwyczajną, rejsową maszyną, należącą do określonej linii lotniczej i... podążającą w określone miejsce.

W tym momencie, niektórzy z Was, zadają sobie pytanie: OK, skąd autor tych słów o tym wie? Jaką można mieć pewność, że to samolot Aeroflotu, Air France, Qatar Airways, El Al czy LOT-u, a nie złowroga maszyna trucicieli?

Spieszę rozwiać Wasze wątpliwości natychmiast. To akurat jest obecnie niezwykle proste do rozwikłania i to dzięki znanemu nam wszystkim... Internetowi!

Tak jest! Jeśli chcesz na własne oczy przekonać się, czy teoria o "chemtrails" jest prawdziwa, a wiedza ze szkoły nie wystarcza Ci, aby wiedzieć czym są owe smugi kondensacyjne, potrzebujesz:

  • lornetki (wystarczy nawet 7x35),
  • okna/balkonu/tarasu z widokiem na niebo,
  • komputera z otwartą w przeglądarce stroną WWW: http://www.flightradar24.com/

W sprzyjających warunkach, uda Ci się nawet rozpoznać malowanie danej maszyny, a niekiedy przeczytać nazwę linii lotniczej. Natomiast flightradar24 pomoże Ci ustalić, że to na pewno ta maszyna, zobaczyć z jaką szybkością i na jakim pułapie się porusza... oraz skąd i dokąd podróżuje ów samolot.

Kilka obserwacji i już wiesz, że nie są to tajemnicze maszyny nasłane przez wrogów ludu pracującego miast i wsi, tylko zwykła konsekwencja rozwoju ludzkości - ludzie chcą się przemieszczać, chcą się przemieszczać możliwie szybko i sprawnie. Tak się składa, że obecnie... służą do tego samoloty odrzutowe. Tak, prawdą jest, że tych samolotów jest bardzo dużo - także nad Polską.

Obserwując je co jakiś czas, dojdziesz do wniosku, że faktycznie są dni, gdy smugi kondensacyjne nie powstają wcale, oraz są takie, gdy smugi ciągną się za każdym samolotem, niezależnie od tego, czy porusza się on na 9000 czy 12000 metrów. Wszystko zależy od układu temperatury, ciśnienia i wilgotności.



piątek, 22 lipca 2011

Trzy grosze: "nie przegap" - czyli chamstwo w marketingu

To, że w przeciągu ostatnich kilkudziesięciu lat, tzw. schamienie naszego społeczeństwa postępuje - zauważa zapewne wielu z nas. Najgorsze jest jednak, że chamstwo staje się powszechne nie tylko w gorszych dzielnicach miast, czy ogólnie w najniższych warstwach społeczeństwa - ale również w życiu politycznym, w biznesie, w mediach i reklamie.

Oczywiście istnieją dwie ewentualności: albo, jako społeczeństwo, tak już schamieliśmy, że chamstwo uważamy za coś naturalnego i przechodzimy obok jego przejawów obojętnie, albo... uważa się nas za chamów i prostaków do tego stopnia, że tylko takim językiem można do nas "przemawiać". W obu przypadkach, jest to smutne i porażające.

Niestety należę do pokolenia, którego Rodzice wpajali jeszcze normy kultury i uczyli odróżniania dobrego tonu od pospolitego chamstwa. Między innymi dlatego, chamstwo panoszące się w polskich mediach i reklamie powoduje, iż coraz rzadziej sięgam po polski przekaz medialny, zastępując go... zagranicznym. Możecie wierzyć lub nie, ale takiego poziomu chamstwa w mediach i reklamie jak u nas - nie znajdziecie poza granicami Polski, przynajmniej wśród otaczających nas sąsiadów. Całkowicie niezależnie od kierunku geograficznego, który owi sąsiedzi zajmują na mapie.

Łatwość panoszenie się u nas chamstwa wzrasta wraz z poziomem powszechnego u nas nieuctwa. Od kiedy wyrosły, jak grzyby po deszczu, "wytwórnie papierów" - czyli tzw. uczelnie, w których wystarczy regularnie płacić, aby jakiś tam dyplom otrzymać... mamy w Polsce coraz więcej "inteligencji", która nie potrafi sklecić zdania po polsku, nie mówiąc już o poprawnej pisowni. Rodzi się więc domniemanie, iż ci sami ludzie, nie umiejący prawidłowo używać własnego języka, raczej nie są lepsi w językach obcych - np. w języku angielskim. Mam tu na myśli stan faktyczny, a nie wysokie mniemanie o swojej wiedzy, a co za tym idzie wartości - w gronie samych zainteresowanych.

Po "studiach", ludzie ci trafiają m.in. do biznesu, reklamy czy mediów i tam uskuteczniają swoją radosną twórczość, nawet nie mając pojęcia, jak tragiczny poziom reprezentują.

Proponuję rzut oka na kilka, chyba najbardziej widocznych, przykładów. Zacznę od tytułowego "nie przegap", które stało się już swoistym standardem reklamy w Polsce. Cóż to jest "nie przegap"? Otóż jest to zwrot, który stosujemy w odniesieniu do kogoś, kogo uważamy za tzw. "gapę". A cóż to jest gapa? Sięgnijmy do Słownika Języka Polskiego PWN:

1. «człowiek nierozgarnięty, nieuważny; też: człowiek, który coś przegapił lub się zagapił»

Słowem, dla marketingowca, który tak się do nas zwraca w treści reklamy, jesteśmy z definicji ludźmi nierozgarniętymi, nieuważnymi, którzy... mogą przegapić jego wspaniałą ofertę! Jesteśmy więc traktowani z założenia protekcjonalnie, jak takie lekko niedorozwinięte dzieci, którym trzeba coś pokazać palcem. Prawda, że miłe?

Żeby było weselej, jeśli zwrócicie owemu "orłowi PR" uwagę na ten fakt, ten natychmiast zasłoni się stwierdzeniem, że... "to jest przeniesienie na nasze rodzime podwórko angielskiego zwrotu 'don't miss...'!". Ale zaraz, czy na pewno? W kulturalnym słowniku języka angielskiego - np. Oksfordzkim, zauważymy, że pierwszymi znaczeniami są: opuścić coś, pominąć, przepuścić.. i dopiero potocznie przegapić. Słowem, z jakiegoś powodu, naszym specom od PR bardziej pasuje tłumaczenie potoczne, z kręgów tzw. ulicy, niż np. "nie pomiń", "nie przepuść okazji" itd...

Teraz przejdźmy do maniery zwracania się do wszystkich "per ty" lub po imieniu. O tym zresztą już pisałem przy innej okazji, ale wydaje mi się, że temat sam w sobie jest czysto lingwistycznie interesujący i warto do niego powrócić.

Otóż znowu, jak wiemy, w Polsce bardzo często tłumaczy się angielskie słówko "you" jako TY. Tylko i wyłącznie. A paradoksalnie, takie rozumienie tego słowa jest błędne i świadczy o bardzo powierzchownej i kiepskiej znajomości języka angielskiego, a prędzej - o jego nieznajomości.

Wystarczy obejrzeć jakikolwiek amerykański, czy brytyjski, film pokazujący sceny z życia ludzi mających ambicje nieco wyższe niż zamieszkiwanie podmiejskiego slumsu i... okaże się, że rozumienie słowa "you", gdy zwracamy się do innych osób, zależne jest od sposobu nawiązania konwersacji. Jeśli ktoś w powitaniu lub pierwszym zdaniu zwraca się do danej osoby stosując formy grzecznościowe:
- pan/pani/panna,
- stopień naukowy,
- tytuł polityczny, stopień wojskowy,
- inny tytuł wynikający z pełnionej przez daną osobę funkcji (prezes, tytuł kapłana w jakimś wyznaniu itd...)

... to wówczas "you" w kolejnych wypowiedziach skierowanych do takiej osoby, zastępuje po prostu ciągłe powtarzanie danego tytułu - ale - nie znaczy broń Boże, że dana osoba przeszła "na ty" z prezydentem, profesorem, generałem czy kapłanem. Co zresztą jest zwyczajowo potwierdzane, ponownym użyciem tytułu, co kilka zdań.

Natomiast faktem jest, że koledzy w szkole, czy chłopcy z gangu osiedlowego wołają do siebie "Hi!", "Hi there!", "Yo, man!" czy jakoś podobnie i następnie mówią do siebie per ty, ale nie jest absolutnie prawdą, że w krajach anglosaskich wszyscy są "na ty", a już na pewno nie jest sprzedający z klientem, student z profesorem, czy np. przechodzień z pastorem/rabinem/księdzem itd. Natomiast zdecydowanie nie są "per ty" ludzie żyjący w krajach romańskich, germańskich czy innych niż Polska - słowiańskich. W wielu tych krajach, do obcych osób nadal zwraca się per "wy". U nas ta forma "wymarła" za PRLu - zapewne za sprawą niechęci do "wiecie rozumiecie towarzyszu" - ulubionego zwrotu komunistów. Niemniej.. mamy swoje rodzime pan/pani, które konotacji komunistycznych raczej nie mają - używajmy ich więc. To naprawdę o wiele lepiej brzmi, ale i tu należy uważać. Otóż... naprawdę idiotycznie to wygląda, gdy dwudziestoletnia stażystka w studio pewnej stacji TV, prowadząc rozmowę z profesorem w podeszłym wieku, zwraca się do niego "panie Janku". To jest zwyczajnie.. żenujące! Mówi się "panie profesorze" w takim przypadku - tylko i wyłącznie.

Pamiętajmy, iż nie szanując innych, nie szanujemy siebie. Obniżając normy społeczne i pozwalając innym na ich lekceważenie, doprowadzamy w końcu do sytuacji, w której nie chce nam się żyć we własnym kraju, w otoczeniu tzw. Rodaków i - coraz częściej - Polak lepiej czuje się w otoczeniu obcokrajowców, którzy podstawowe normy społeczne jednak zachowali i się do nich stosują. Odbywa się to instynktownie. Niejednokrotnie gdy ktoś z nas przyjeżdża z dłuższego pobytu w UK, USA, Francji czy w Niemczech, czy też w Rosji i opowiada o tym, że tam ludzie reprezentują "inną kulturę", że u nas to "tak nie jest" itd. Ale przecież to, jak jest u nas, zależy tylko od nas! Zamiast pozbywać się dzieci sadzając je do komputerów i konsol oraz dając im kieszonkowe, aby się wyniosły z domu i nie przeszkadzały zajętym rodzicielom, może byśmy tak poświęcili odrobinę choćby czasu, na tłumaczenie swoim pociechom kiedy i dlaczego używamy słów takich jak: proszę, przepraszam, dziękuję... lub do kogo możemy zwracać się per ty, a do kogo tego robić nie wolno. Wszystkim nam, będzie się żyło wygodniej.

Na zakończenie zaprezentuję zdjęcie fragmentu pewnej, popularnej w Polsce, reklamy. Nie wiem, ale raczej nie pragnę być klientem firmy, która zwraca się do mnie w taki sposób:

sobota, 11 czerwca 2011

Moje refleksje: złodziejstwo niepospolite

Między zabraniem komuś godziny z życia a odebraniem mu życia jest tylko różnica skali.
                                                                                             - Frank Herbert
O ile pospolite złodziejstwo najczęściej jest przyczyną wielu nieprzyjemności dla okradanego, o tyle dziś chciałbym się zająć czymś, co określam mianem złodziejstwa niepospolitego, które staje się coraz częstszym zjawiskiem w Polsce i niestety - najczęściej - nie jest złodziejstwem, w świadomości niepospolitych złodziei.

Chodzi mi tu, o powszechny zwyczaj, nie płacenia w terminie za ludzką pracę. Nie ma w tym momencie znaczenia, czy chodzi o opłacanie osoby fizycznej - pracownika, czy też o zamawianie towarów lub usług w firmie i... ociąganie się z płatnością lub w ogóle wykręcanie się od jej uregulowania.

Dlaczego tę formę złodziejstwa określam mianem - niepospolitej? Dlatego, że jest to wyjątkowo obrzydliwa forma złodziejstwa i uważam, że zasługuje ona na wyjątkowo wyraźne napiętnowanie.

Zatrudniając kogoś (znowu - nie ma znaczenie, czy osobę fizyczną, czy firmę), uruchamiamy cały łańcuch zdarzeń, najczęściej dotyczący więcej niż jednej osoby. Ktoś poświęca nam swój czas, a więc swoje życie, ktoś poświęca nam swoje talenty i nabyte umiejętności - a więc znowu - swoje życie. Ktoś nie zajmuje się w tym samym czasie inną pracą - a więc nie zarabia poświęcając czas nam, ktoś nie zajmuje się w tym czasie osobami, którymi się opiekuje, ktoś nie uczy się, nie odpoczywa... a często również, inwestuje nie tylko czas, ale własne, zarobione wcześniej pieniądze i materiały w to, co dla nas robi. Chętnie odbieramy wykonaną dla nas pracę... i... i wtedy przestaje nam zależeć na czasie. Termin był ważny, gdy ten ktoś pracował dla nas - ale schodzi na drugi plan, gdy my mamy mu za to zapłacić!

W efekcie, może się zdarzyć tak - że osoba, czy firma wykonująca dla nas pracę - sama nie może uregulować swoich zobowiązań. W efekcie, wyjdzie na przysłowiową "szmatę" wobec innych, a przynajmniej straci dobre imię czy też nawet - popadnie w długi.

Coraz częściej czytam i słyszę o tej formie złodziejstwa - na szczęście rzadko - zdarza się też, że sam osobiście, jako właściciel firmy, muszę uciekać się do pomocy firm zajmujących się windykacją należności i... wówczas okazuje się, że dłużnik miał pieniądze na wszystko, tylko nie na zapłacenie za pracę, którą zamawiał. Zawsze jednak dochodzi strata czasu (już poza czasem poświęconym na pracę) i zdrowia - bo przecież człowieka szlag trafia, gdy widzi cwaniaka, który nie odpisuje na maile, nie odbiera telefonów - tłumacząc to później tym, że był... (sic!) zbyt zajęty. A przecież wszystko co robimy - wróci do nas - i jest to tak samo pewne, jak to, że dojrzałe jabłko z jabłoni spadnie, a nie uniesie się... w Kosmos!

Zawsze mnie zastanawiało, jak to się dzieje, że ktoś, kto kradnie innym ich życie - może spojrzeć w lustro, może spać, może nawet... dobrze się bawić? Jak to jest możliwe???

czwartek, 9 czerwca 2011

Trzy grosze: widziałem Obamy... cień.

Przesadą byłoby stwierdzenie, że zawsze zgadzam się z Wojtkiem Orlińskim, niemniej są takie komentarze Wojtka, które poruszają do głębi. Jednym z nich jest dla mnie felieton "Widziałem Obamę!".

Wojtek zadaje m.in. bardzo istotne pytanie: "Dlaczego jako przechodzień nie byłem uważany za zagrożenie dla Obamy na Park Lane, a stanowiłbym zagrożenie na Krakowskim Przedmieściu?"

Otóż wydaje mi się, że to czego - niestety - doświadczamy w Polsce przy okazji tego typu wizyt, jest wypadkową kilku zjawisk:

  • swoistego serwilizmu wobec znanych osobistości zagranicznych, które raczą łaskawie nas odwiedzić (bo z tradycyjną gościnnością te zachowania nie mają nic wspólnego),
  • tego jak traktują nas tzw. "nasi sojusznicy" (w tej kwestii naprawdę nic nie zmieniło się od roku 1918, czy 1939... a my, jako Naród, niestety nie umiemy wyciągać żadnych wniosków z tego, co nas spotkało i nadal spotyka na przestrzeni całej, naszej historii),
  • tego, jak traktujemy wzajemnie siebie samych i - w skutek czego - jak traktują nas, obywateli, nasze władze (czy też, jak to powinno być - wybrani przez Naród... "reprezentanci").

Reasumując.. poza Polską, jesteśmy postrzegani głównie jako dziwny i pyskaty grajdół, który.. "oderwał się od Rosji" (tak to stwierdzenie usłyszałem osobiście od obywatela USA kilka lat temu!), w którym mieszkają na wpół dzicy i potencjalnie niebezpieczni ludzie, których daje się sprytnie wykorzystać przy odpowiednim do nich podejściu. Do "odpowiedniego podejścia" należy tradycyjnie już składanie obietnic, których nikt i tak nie ma zamiaru dotrzymać - ale dlaczego miałby ich dotrzymywać, skoro samo ich złożenie daje pożądanych skutek? No sami powiedzcie...

Jeśli złoży się Polakom kilka obietnic oraz łaskawie się ich nawiedzi, to Polacy dalej będą gotowi bić się za NIE swoje interesy, pozwalać obcym robić u siebie niekorzystne interesy itd. itd.

Oczywiste jest, że na przestrzeni naszej historii, to my sami wypracowaliśmy sobie - z dużą dozą uporu i wytrwałości zresztą - tego typu opinię. Jednakże przykre jest to, że pomimo wielu bardzo smutnych doświadczeń, nadal popadamy w ksenofobię i martyrologię w miejsce trzeźwego myślenia i wyciągania konstruktywnych wniosków. Jednym z nich, powinno być uświadomienie sobie, że NIKT poza NAMI SAMYMI - nie będzie dbał o NASZE interesy, bo niby... czemu miałby to robić???? Naprawdę jesteśmy jedyną nacją na całym Świecie, która dba przede wszystkim o interesy innych, kosztem siebie i nie dbając o to, co otrzymamy w zamian. Może czas wreszcie dorosnąć?